Brudne interesy świata

W Mosulu nie ma już chrześcijan. Na naszych oczach kończy się 1700-letnia historia chrześcijaństwa na równinach biblijnej Niniwy.

Reklama

Kiedy na początku czerwca sunniccy dżihadyści spod znaku Islamskiego Państwa Iraku i Lewantu (Syrii)  zaczęli niespodziewanie zajmować kolejne irackie miasta świat wydawał się zaskoczony i bezradny. Media zaroiły się od doniesień o okrucieństwie nowych władców, bezwzględnie mordujących swoich przeciwników. Nawet wziętych do niewoli żołnierzy irackiego rządu. Potem wszystko przycichło. Świat zainteresował się innymi problemami. Ale sytuacja mieszkających na tych terenach niesunnitów się nie zmieniła. Chrześcijan też. W ostatni piątek nakazano im do soboty w południe opuścić Mosul. Wyjechali. Kościoły, krzyże, figury świętych już przecież zostały poniszczone. A ich domy już przeznaczono były dla popleczników nowej władzy....

Nie można nawet napisać, że świat na to okrucieństwo nie zareagował. O problemie jest dość głośno. Głos zabrał nawet sekretarz generalny ONZ, Ban Ki-moon oświadczając, że prześladowanie chrześcijan w Iraku przez dżihadystów z Państwa Islamskiego może być uważane za zbrodnię przeciw ludzkości. Tyle że w tym momencie prócz składania deklaracji trudno cokolwiek zrobić. To znaczy.... Można, ale sytuacja jest bardziej skomplikowana. Mówił o tym katolicki patriarcha Antiochii, Ignacy Józef III Younan. Trzeba wstrzymać finansowanie terrorystów. Jego zdaniem są oni wspierani przez fundamentalistyczne kraje Zatoki Perskiej. Przy cichym poparciu potęg tego świata, którym zależy na ropie.

I nie tylko na ropie. Rzut oka na mapę wystarczy, by uświadomić sobie, że ten rejon Iraku graniczy z Syrią. Zresztą dżihadyści ogłosili powstanie kalifatu obejmującego (przynajmniej częściowo) także ten kraj. A tam od trwa wojna domowa. Kto wspiera rząd? Rosjanie. Nawet wczoraj władze Syrii dziękowały im za wsparcie. Kto wspiera rebeliantów? Przynajmniej niektórych? Te same kraje, którym zależy na ropie z Zatoki Perskiej, a jednocześnie – o paradoksie – oficjalnie wspierają władze w Bagdadzie.  I którym – tak na marginesie – zależy na osłabieniu co silniejszych sąsiadów Izraela. Koło się zamyka.

Chrześcijanie stali się w Iraku zakładnikami wielkiej polityki. Polityki rozgrywania jednych przeciw drugim. Ich sytuacja w Iraku w najbliższym czasie raczej nie ulegnie zmianie. Zresztą raz wygnani dokąd mieliby wracać? Będą uchodźcami wśród tych, którzy na razie ich tolerują, Kurdów, szyitów. A potem? Nie wiadomo. Wiadomo jednak na pewno, że wojna w Iraku czy Syrii będzie trwała tak długo, jak długo wielcy tego świata będą uznawali, że coś mogą na niej zyskać.

Smutne prawda? Cale to zamieszanie, ból i łzy sprowadzają się do brudnych interesów świata...

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

  • Amos
    23.07.2014 10:10
    A od czego się zaczęło?

    Od zupełnie niepotrzebnej interwencji amerykańskiej w Iraku.
    Uważający się za chrześcijanina władca USA spowodował, że w Iraku chrześcijaństwo przestało istnieć.
    Ot taki paradoks...
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama