Zaklęte rewiry nienawiści

Niemcy, które jawią się wielu Polakom jako ideał stabilizacji i sprawnej policji, odkrywają próby ekstremistów posługiwania się przemocą na szeroką skalę. Politycy i media biją na alarm i zastanawiają się,  jak nie dopuścić do świętej wojny na ulicach niemieckich metropolii.

Reklama

Gdy parę lat temu na ulicach niemieckich miast i w pasażach handlowych pojawili się salafici – brodaci islamscy fundamentaliści rozdający Koran – nie wywoływali sensacji. Przecież od lat 70. ub. wieku w podobny sposób wyznawcy Hare Kriszny rozpowszechniali książki na temat swojej religii. Ale o ile krisznowcy śpiewali tylko swoje mantry i rozdawali wegetariańskie ciasteczka, o tyle salafici, bardzo często rdzenni Niemcy , zaczęli wygłaszać przemówienia, w których pojawiały się niepokojące wezwania do świętych wojen w imię pism proroka. Formalnie wszystko było w porządku. Salafici występowali do władz o pozwolenie na rozpowszechnianie literatury religijnej na deptakach na podobnej zasadzie jak protestanckie misje  czy Świadkowie Jehowy. Rychło się okazało, że niektórzy młodzi ludzie, którzy trafili do salafickich ośrodków w Niemczech, zaczynali zmieniać się w fanatyków. Władze i media zainteresowały się tym, co jest wbijane do głów ludziom, którzy dali się przyciągnąć do salafickich szkółek. Po fundamentalistycznym praniu mózgu, młodzi Niemcy wyruszyli  na świętą wojnę kalifatu islamskiego w Iraku i Syrii.

Nowa jakość fanatyzmu

Dziś Urząd Ochrony Konstytucji ocenia, że z RFN wyjechało na świętą wojnę  około 450 osób. Poprawność polityczna nie pozwala policji dzielić tych obywateli RFN na rasy, ale wiadomo, że spora część tego kontyngentu  to rdzenni Niemcy. To ich najbardziej się boją zachodnie służby antyterrorystyczne. Europejczycy niekiedy krzywdząco zwracają większą uwagę na dworcach i w środkach komunikacji na osoby o arabskiej czy tureckiej powierzchowności. Natomiast blondyni z niebieskimi oczami zazwyczaj nie kojarzą się z islamskim fanatyzmem. Na dodatek można się spodziewać, że po wojennej praktyce w armii Państwa Islamskiego ci fanatycy wrócą do Niemiec, przywożąc ze sobą pogardę dla Zachodu i skrajną nienawiść. Ale problem z salafitami nie ogranicza się  tylko do ochotników walczących na syryjskich i irackich frontach.

Salafici zaczynają się czuć niezwykle pewnie na ulicach niemieckich miast. Pozwalają sobie na pouczanie – na razie głównie swoich muzułmańskich braci – o zasadach islamu. W Wuppertalu obywateli tego miasta zaszokował filmik wypuszczony do sieci o „policji szariatu”, która w specjalnych kamizelkach patrolowała imigranckie dzielnice, uspokajając agresywnie zachowujących się osobników, napominając słuchających za głośno muzyki i pouczając o zasadach islamskiego szariatu. Policja niemiecka podjęła szybko kontrakcję, ale adwokaci zwolenników szariatu zręcznie argumentowali, żądając zwolnienia. Wskazywano, że wezwania patrolu były zbieżne z troską o zasady współżycia obywatelskiego. Skrajni  islamiści potrafią też być brutalni. 7 października br. wielu Niemców zaszokowało przeniesienie wojny między Kurdami a zwolennikami kalifatu islamskiego na ulice niemieckich miast. W Hamburgu, Stuttgarcie i Celle doszło do walk ulicznych między jazydami – wrogami kalifatu a zwolennikami fanatycznego islamu.

W Hamburgu obie  antagonistyczne grupy były uzbrojone w maczety, noże  i szpady do nabijania mięsa na kebaby, do szpitala trafiło 14 ciężko rannych osób. Policja była bezradna wobec erupcji nienawiści. Na co dzień  salafici zachowują się bardzo sprytnie. Rzadko można im coś konkretnego zarzucić. A jednak w oczach zwykłych Niemców tworzą wokół siebie złowróżbną aurę. Drobnymi gestami i  spojrzeniami łatwo można manifestować pogardę wobec świata „niewiernych”.  A gęste brody, islamskie czapeczki,  bliskowschodnie kaftany i sandały rzucają się w oczy. Bardzo często  poruszają się z ochroniarzami, powołując się na akty przemocy wobec imigrantów.

Chuligani przeciw salafitom

Ten demonstracyjny styl bycia wywołał reakcje u tych, którym przemoc przychodzi najłatwiej jako sposób reagowania na wszelkie problemy – u chuliganerii stadionowej, która w Niemczech często miała powiązania ze skrajną prawicą. W latach 80. i 90. ub. wieku niemieckie kluby zrobiły wiele, aby wyprzeć neonazistowskie wpływy ze stadionów. Teraz kibolska przemoc wraca, ale w  formie, wobec której wielu zwykłych Niemców ma mieszane uczucia – w protestach przeciw salafitom. Tak powstał nieformalny ruch HoGeSa – skrót od „Hooligans gegen Salifisten” – Chuligani przeciwko salafitom. HoGeSa dba, by demonstracje antysalafickie były legalne i zarejestrowane.  Problem w tym, że uczestnicy demonstracji wykorzystują elementy strojów typowe dla neonazistów – czarne kurtki „flyersy”, podkute buty i odzież marek utożsamianych ze skrajnym nacjonalizmem. Wszystko zaczęło się na początku października w Dortmundzie, gdzie przechodniów handlowego deptaku zaskoczyła zwołana przez internet demonstracja przeciw salafitom. Niemiecki Urząd Ochrony Konstytucji  twierdzi, że inicjatorem i duszą nowego ruchu jest 60-letni Siegfried Borchardt, znany jako „SS-Sigi”, niegdysiejszy lider faszyzujących fanów Borussi Dortmund. To on miał rzucić ideę, by doprowadzić do „sojuszu ponad podziałami” grup kibolskich, które zazwyczaj się zwalczają, ale teraz powinny  dać wspólny odpór ważniejszemu wrogowi – salafitom. Uznaje się, że HoGeSa skupiła 17 grup pseudokibiców z różnych klubów z całej RFN.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama