Zakazana miłość

Historia muzułmanina przechodzącego na katolicyzm wystraszyła francuski rząd bardziej niż wulgarne karykatury w „Charlie Hebdo”.

Reklama

To najmocniejszy i najbardziej prawdziwy francuski film, jaki widziałem. Niestety, ze swoją niepoprawnością polityczną (czyt.: autentycznością) nie miał szans na choćby nominację do Oscara czy innej Złotej Palmy. Doczekał się za to… zakazu projekcji wydanego przez francuskie ministerstwo spraw wewnętrznych. Powód? Rzekome zagrożenie wywołania zamieszek ze strony islamskich radykałów. To o tyle zabawne, że „L’Apôtre” (Apostoł) jest w gruncie rzeczy – co podkreśla jego reżyser Cheyenne Carron – filmem o potrzebie tolerancji. „Problem” w tym, że tym razem dotyczy to również tolerancji wobec muzułmanów, którzy nagle odkrywają drogę, prawdę i życie w Chrystusie. „L’Apôtre” boli i drażni, bo proces odkrywania nowej wiary przez głównego bohatera przedstawiony jest tak autentycznie (niemal jak w filmie dokumentalnym), że dotyka widza w sposób nieznany we francuskiej kinematografii. To po prostu historia „za bardzo” prawdziwa.

Na cenzurowanym

„Dobry wieczór Pani, DGSI [Direction Générale de la Sécurité Intérieure, czyli Dyrekcja Generalna Bezpieczeństwa Wewnętrznego – J.Dz.] nakazała nam odwołać wieczorną debatę wokół filmu »L’Apôtre«, zaplanowaną na 23 stycznia. Powodem jest ryzyko ataków, gdyż ta projekcja mogłaby zostać uznana za prowokację wymierzoną w społeczność muzułmańską”.

List o takiej treści pani Cheyenne Carron otrzymała z ratusza miejskiego w Nantes 4 dni po tym, jak ulicami Paryża przeszedł wielki marsz po zamachu dokonanym na zespół „Charlie Hebdo”. Ponieważ w marszu dominowały transparenty z napisami: „Je suis Charlie”, można się tylko domyślać, że słynna już na cały świat redakcja nie otrzymała listu o podobnej treści i nie została wezwana do wstrzymania się z drukiem kolejnych karykatur Mahometa. To niemożliwe, gdyż marsz, w którym uczestniczyli światowi przywódcy, był manifestacją w obronie wolności słowa, której symbolem stało się nagle wulgarne pisemko, obrażające nie tylko muzułmanów.

Jak się okazuje, większym zagrożeniem dla bezpieczeństwa okazał się film, na który państwowe instytucje nie chciały wyłożyć wcześniej pieniędzy i który nie miał dużego komercyjnego dystrybutora. „Dystrybucję musiałam zorganizować sama”, mówiła w wywiadach pani Carron. Ingerencja w organizowane oddolnie projekcje filmu takiej jednostki jak DGSI jest dowodem na to, jak daleko w absurdach i niekonsekwencji poprawności politycznej zaszły już francuskie władze. DGSI jest specjalną komórką francuskiego MSW, zajmującą się m.in. kontrwywiadem oraz ściganiem najpoważniejszych przestępstw uderzających w bezpieczeństwo państwa. Pod wyraźnym naciskiem tej jednostki również policja w Neuilly wywarła presję na kino „Le Village”, które także odmówiło pokazania filmu. Nierówną miarę, jaką władze zastosowały wobec czystego w treści filmu i pełnego pogardy dla każdej świętości periodyku, zauważyli przynajmniej niektórzy francuscy publicyści. „Dlaczego na sali kinowej zabraniać tego, co wolno w prasie? Ta różnica w traktowaniu uderza jeszcze bardziej, jeśli wziąć pod uwagę, że siła oddziaływania »L’Apôtre« jest dość ograniczona, bo z powodu małych środków film mógł być wyświetlany tylko w kilku pomieszczeniach, poza tym jest zdecydowanie mniej prowokujący niż większość rysunków »Charlie Hebdo«”, zauważa „Le Point”. Pozytywnie o filmie, który jest propozycją prawdziwego dialogu między chrześcijanami a muzułmanami, pisały m.in. zarówno centroprawicowy „Le Figaro”, jak i lewicowy „Le Monde”.

W szkole Allaha

To film fabularny, ale ogląda się go jak znakomity dokument. Oszczędność środków wyrazu, proste ujęcia, momentami celowo wręcz „trzęsący się” obraz, naturalistyczne dialogi, a przy tym dyskretne stopniowanie napięcia, subtelnie sygnalizowane ślady, które prowadzą głównego bohatera do radykalnej zmiany, i wreszcie prawdziwie wzruszające sceny oddające napięcie i zarazem poczucie spełnienia Akima, młodego muzułmanina, który odkrywa Chrystusa, sprawiają, że „Apostoł” wbija w fotel od początku do końca. Nie ma tu miejsca na tanią agitację. Przeciwnie, historia Akima porusza przez swoją autentyczność i prostotę. Pewnie dlatego stała się bardziej „niebezpieczna” niż krzykliwe karykatury Mahometa.

Akim jest dobrze zapowiadającym się imamem. Uczęszcza do szkoły koranicznej prowadzonej przez wuja, który widzi w nim swego następcę. Rodzina Akima nie różni się zapewne od przeciętnej muzułmańskiej rodziny żyjącej we Francji. Rodzice są serdecznymi i gościnnymi ludźmi, otwierającymi drzwi domu zarówno dla bardziej zaangażowanych religijnie współwyznawców, jak i dla chrześcijańskich znajomych swoich dzieci. Najlepszą relację Akim ma z siostrą, która nie zostawia go nawet w chwili, gdy odkrywa, że jej ukochany brat pod poduszką ukrywa modlitewnik z uroczystości chrzcielnej, na którą zaprosił go poznany przypadkowo mechanik. Serdeczna, choć w innym sensie, jest również jego relacja z bratem Youssefem, najbardziej wojowniczo przywiązanym do doktryny wyznawcą Allaha w rodzinie. Znamienna jest scena, gdy bracia witają się na ulicy ze znajomymi: Youssef demonstracyjnie nie podaje ręki tylko jednemu z nich – jak się okazuje świeżemu konwertycie na katolicyzm. Na boku Akim pyta, dlaczego tak się zachował. Yossef odpowiada: – Bo to apostata. – A kto to jest apostata? – dopytuje Akim. – Palant, który zdradził Allaha – cedzi przez zęby Youssef.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama