Koniec z "terrorystyczną turystyką"

Wielu zarażonych radykalnym islamem młodych Australijczyków wyjeżdża, aby walczyć w szeregach Państwa Islamskiego. Miejscowe władze wydały zdecydowaną wojnę temu zjawisku.

Reklama

Jake Bilardi był przeciętnym australijskim nastolatkiem, niemającym nic wspólnego z islamem. Zagubiony 18-latek, pochodzący z rozbitej rodziny, padł ofiarą prowadzonej w internecie agitacji radykalnych muzułmanów. Mimo że w szkole zaczął otwarcie mówić o zamiarze „oddania swojego życia islamowi”, ani nauczyciele, ani rodzice nie potrafili prawidłowo zareagować na niepokojące sygnały. W zeszłym roku Jake uciekł z domu. Po kilku tygodniach okazało się, że jest w Syrii, gdzie wstąpił w szeregi Państwa Islamskiego i przyjął pseudonim Abu Abdullah Al-Australi. Swoje losy bogato dokumentował zdjęciami publikowanymi na internetowych portalach społecznościowych. Historia ta nie ma szczęśliwego zakończenia.

Zagubiony nastolatek został dogłębnie zindoktrynowany zbrodniczą ideologią. W marcu Jake Bilardi przeprowadził samobójczy zamach terrorystyczny w irackim mieście Ramadi, zabijając 17 osób. W emocjonalnym wystąpieniu w australijskiej telewizji ojciec chłopaka przyznał, że jest współwinny tragedii. Jednocześnie ostrzegł, że bojownikom Państwa Islamskiego szczególnie zależy na pozyskiwaniu młodych, niezwiązanych z tą religią osób, które następnie prezentowane są jako „trofea” terrorystów. Dramatyczna historia Bilardiego sprawiła, że rząd Australii zdecydował się twardo stawić czoła muzułmańskim fanatykom. 25 marca minister ds. migracji Peter Dutton ogłosił, że pieczołowite kontrole na wszystkich australijskich lotniskach zaowocowały zatrzymaniem aż 200 osób podejrzanych o chęć wyjazdu na świętą wojnę na Bliskim Wschodzie.

Kolejne fiasko wielokulturowości

W przeciwieństwie do wielu krajów Europy Zachodniej, gdzie muzułmanie z trudem integrują się z resztą społeczeństwa, borykają z biedą oraz bezrobociem, Australia, podobnie jak USA, uważana była za przykład udanie funkcjonującego tygla wielokulturowego. Na antypodach żyje znaczna populacja wyznawców Allaha, zasilana przez stale rosnącą liczbę imigrantów z Indonezji. Zazwyczaj nie mają oni problemu ze znalezieniem pracy w kraju, który cieszy się bardzo wysokim poziomem życia i znakomitą kondycją gospodarczą. Australijski dziennik „Herald Sun” skwapliwie wyliczył, że kraj już 24. rok z rzędu notuje wzrost gospodarczy. Tym większą dezorientację miejscowych władz spowodował fakt, że także na ten kontynent dotarła agitacja terrorystów z Państwa Islamskiego.

I spotkała się ona z dużym odzewem głównie wśród nastolatków. Jake Bilardi nie był jedynym. W marcu w ostatniej chwili zatrzymano na lotnisku dwóch nieletnich Australijczyków, którzy również chcieli dotrzeć na Bliski Wschód. Lecz zanim miejscowe służby specjalne spostrzegły, jak dużą skalę osiągnął ten proceder, wielu zradykalizowanych młodzieńców zdążyło już dotrzeć do Syrii i Iraku. W lipcu 2014 r. 18-latek z Melbourne, którego tożsamości nie ujawniono, okazał się sprawcą samobójczego zamachu w Bagdadzie. Wielu obywateli Australii znajdowało się także wśród poległych w bitwie o miasto Kobane, bezskutecznie szturmowane ponad cztery miesiące przez dżihadystów. Równie głośnym echem co sprawa Bilardiego odbiła się historia 17-letniego Australijczyka, który w czerwcu 2014 r. zniknął z domu. W październiku odnalazł się w Syrii, gdzie już pod pseudonimem Abdullah Emir wystąpił w zuchwałym, pełnym pogróżek wobec swojej ojczyzny, nagraniu wideo, skierowanym specjalnie do australijskiego premiera Tony’ego Abbotta: „Nie przestaniemy walczyć i nie odłożymy broni, dopóki nie zdobędziemy waszego kraju i nie zetniemy głowy każdego tyrana, i dopóki czarna flaga nie będzie powiewać nad każdym lądem”.

Przesiąknięta fanatyzmem australijska młodzież stanowi zagrożenie już nie tylko za sprawą wyjazdów na Bliski Wschód. Kraj, który niegdyś leżał z dala od podobnych problemów, zaczął borykać się z terroryzmem na tle religijnym. W lutym tego roku policja udaremniła daleko posunięte plany zamachu, którego chcieli dokonać w Sydney 24-letni Omar al-Kutabi i rok starszy Mohammed Kiad. Pochodzą z rodzin o muzułmańskich korzeniach, ale w młodości nie różnili się stylem życia od innych nastolatków. Kłopoty ze znalezieniem pracy po studiach sprawiły, że poddali się agresywnej agitacji islamistów, proponujących proste rozwiązania życiowych problemów. Al-Kutabi i Kiad zmienili strój, styl życia oraz zaczęli deklarować wrogość wobec chrześcijan. Powagę sytuacji potwierdzają statystyki dziennika „Herald Sun”. Ogółem w szeregach Państwa Islamskiego może walczyć nawet 250 Australijczyków, podczas gdy z 13-krotnie ludniejszych Stanów Zjednoczonych pochodzi tylko około 100 bojowników PI.

Walka z „kultem śmierci”

Władze w Canberze w obliczu narastającego problemu nie schowały jednak głowy w piasek i nie zbyły sprawy frazesami politycznej poprawności. Podjęły kontrowersyjne, ale – jak się okazuje – całkiem skuteczne rozwiązania mające przeciwdziałać radykalnym islamskim kaznodziejom i zjawisku wyjazdów na Bliski Wschód. Znany z odważnych wypowiedzi australijski premier Tony Abbott, który w młodości spędził kilka lat w seminarium duchownym, wprost nazwał istnienie Państwa Islamskiego przejawem „kultu śmierci”. Kult ten „szerzy się w internecie, chcąc wyprać mózgi wrażliwym i podatnym na wpływy młodym ludziom”. Australijskie lotnictwo włączyło się w przeprowadzanie nalotów na pozycje dżihadystów w Syrii i Iraku.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

  • Marianna
    13.05.2015 09:47
    A może zamiast uszczęśliwiać ludzi na siłę, rozprawić się z turystyką młodych kandydatów na terrorystów w inny sposób. Bilet i owszem, ale tylko w jedną stronę, bez możliwości powrotu. Przygody, owszem, pociągają młodych, fanatyczne hasła też co niektórych, wybory ostateczne trochę mniej. Może niektórzy sami zrezygnują. A ci bardziej zdecydowani? Zginą, spędzą resztę życia w bronią w ręku, a w przypadku np. ustania konfliktu czy utraty zdolności do walki przeżyją je jako żebracy na ulicy albo pracownicy za dolarka. No cóż, jak mawiają młodzi: każdego szkoda...
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama