Mistrz

Paul Thomas Anderson – jeden z najbardziej uznanych i podziwianych współczesnych reżyserów.

Reklama

„Boogie Nights”, „Magnolia”, „Aż poleje się krew”… - wszystkie te jego filmy właściwie już znajdują się w kinematograficznym kanonie. Choć nakręcone zostały niedawno, odnosi się wrażenie, że na dobre weszły do Historii kina. Historii pisanej przez duże H.

Kiedy więc ten współczesny klasyk postanowił nakręcić „Mistrza” (film na temat wiary, duchowości, religii), oczekiwania krytyków sięgnęły zenitu. – Czy uda mu się doszlusować do grona uduchowionych twórców, takich jak Kubrick, Pasolini, czy Tarkowski? – zdawali się pytać recenzenci i filmoznawcy z całego świata.

Obraz ten otrzymał kilka nagród na prestiżowym festiwalu w Wenecji, dostał cztery nominacje do Oscara, nieźle poradził sobie w box office’ie. Po premierze dało się jednak wyczuć pewien niedosyt. Trudna, enigmatyczna forma tego pięknego wizualnie (ach, te lata ’50!), acz dość długiego dramatu psychologicznego, zrobiła swoje. Zmęczenie i dezorientacja – chyba te dwa odczucia dominowały wtedy najczęściej.

Myślę jednak, że reżyser, decydując się na taki styl opowiedzenia swojej historii, postąpił słusznie. Przecież właśnie taki jest Freddie, grany przez Joaquina Phoenix’a. Zmęczony nie dającymi mu spokoju popędami i zdezorientowany nową, powojenną rzeczywistością. W czasie wojny jakoś sobie radził, ale po powrocie do Stanów, wojenne traumy i problemy wracają ze zdwojoną siłą. Nie potrafi na nowo się odnaleźć. Z dnia na dzień stacza się coraz bardziej.

Przypadek sprawia, że trafia na Lancastera Dodda (w tej roli Philip Seymour Hoffman). To pisarz, myśliciel filozof, który ma ambicje stworzenia nowego systemu religijnego. Z czasem jednak wychodzi na jaw, że to zwykły hochsztapler, a „sprawa” (jak nazywa swą doktrynę), to nic innego jak prymitywna sekta. Sekta przywodząca na myśl Kościół scjentologiczny.

Scjentologowie próbowali nawet zablokować produkcję filmu, ostatecznie jednak Andersonowi udało się go ukończyć, z pożytkiem dla widzów. Choć nie jest to produkcja łatwa w odbiorze, poruszono w niej mnóstwo niezwykle istotnych tematów, ukazując przy tym mechanizmy działania sekt i ich charyzmatycznych przywódców. 

Ano właśnie - charyzma. Czymże ona jest? I skąd biorą się wszyscy ci „mistrzowie”, guru, założyciele nowych kościołów, którzy potrafią za sobą pociągnąć tłumy wiernych? Być może żerują na ludzkiej potrzebie (słabości?) autorytetu. Wszyscy ich potrzebujemy i – niestety – często wobec własnych autorytetów (mistrzów/idoli) bywamy bezkrytyczni. Dajemy się uwieść. To m.in. jeden z wątków, które (dość luźno) rzuca Paul Thomas Anderson.

Co jednak ważne, nie stara się nam udzielać żadnej lekcji. Nie odpowiada na pojawiające się w trakcie seansu pytania. Wręcz przeciwnie - raczej je mnoży, dzieląc się przy tym własnymi wątpliwościami.

A odpowiedzi? Cóż… Jeśli w ogóle istnieją, musimy je znaleźć sami.

GutekFilm "Mistrz" - zwiastun 2, film w kinach od 16 listopada

«« | « | 1 | » | »»

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama