Męczennicy z Dhaki

Zakładnikom kazali recytować wersety Koranu. Tym, którzy tego nie potrafili, podcinali gardła, krzycząc „Allah jest wielki!”. To była największa masakra w historii Bangladeszu.

Reklama

Trwał ramadan, święty dla muzułmanów miesiąc postu. Po piątkowych modlitwach w meczetach rozpoczęto wspólne świętowanie. W domach i restauracjach spotykały się całe rodziny. Tak też było w ekskluzywnej dzielnicy stołecznej Dhaki – Gulshan, bardzo popularnej wśród cudzoziemców, w tym dyplomatów. Ponieważ jest to dzielnica ambasad, szczególnie jej strzeżono, uważając za najbezpieczniejsze miejsce w całym kraju. Dzięki wyśmienitej włoskiej kuchni, serwowanej przez rodowitego Sycylijczyka, wyjątkowo oblegana była tam restauracja Holey Artisan Bakery. Kiedy lokal wypełnił się po brzegi, wtargnęli do niego mężczyźni uzbrojeni w maczety, broń ręczną, granaty i ładunki wybuchowe. Otworzyli ogień, krzycząc „Allah akbar” (Bóg jest wielki). Ludzie w panice zaczęli uciekać. Islamiści wzięli ok. 40 zakładników. Zanim służbom specjalnym udało się odbić restaurację, terrorystyczne komando w okrutnych torturach zarżnęło dziewięcioro Włochów, w tym kobietę w ciąży, a także 11 innych osób: Japończyków, Amerykankę, Hinduskę i dwoje obywateli Bangladeszu. Tragedia wstrząsnęła światem, a poprzez krew cudzoziemców nabrała międzynarodowego rozgłosu. Islamiści osiągnęli cel. Ich przesłanie zostało zauważone i wzbudziło strach.

Umierali, trzymając się za ręce

– Zachęcam, aby mimo całego naszego bólu na tę zbrodnię odpowiedzieć wpisanym w Ewangelię miłosierdziem i przebaczeniem, które stoją w opozycji do religii oprawców, pełnej przemocy i nienawiści – mówił zaraz po zamachu ks. Luca Monti, którego 33-letnia siostra zginęła w zamachu. Właśnie zamierzała wrócić do Włoch, by tam urodzić dziecko. Prowadziła w Bangladeszu firmę odzieżową. Angażowała się też w obronę praw wyzyskiwanych kobiet i zmuszanych do pracy dzieci. – Oby krew mojej siostry przyczyniła się do budowania lepszego świata – mówi jej brat i dodaje: – Jeśli prawdą jest, że Simona zginęła tylko dlatego, że nie znała Koranu, jest męczennicą.

W zaatakowanym lokalu była też 45-letnia Ishrat Akhond, muzułmanka z Bangladeszu. Studiowała w Australii, a szlify zawodowe zdobywała w wielu krajach Europy. Wróciła do ojczyzny, by kierować rodzinnym zakładem odzieżowym. Walczyła ze zmuszaniem do pracy dzieci. Stała się ambasadorem UNICEF-u w swoim kraju. Po dziesięciu latach w żadnym z jej zakładów nie pracowali już nieletni, a firma utrzymywała szkoły dla dzieci pracowników. Gdy terrorysta przystawił jej maczetę do szyi, żądając recytowania Koranu, nie odezwała się. – To był jej świadomy wybór. Sposób, by okazać swój sprzeciw wobec tego, co niesie ze sobą fundamentalizm – mówi jej przyjaciółka, która przeżyła zamach.

Za przyjaciół zginął Faraaz Hossain. Na kolacji był ze studentkami z USA i Indii. Terroryści pozwolili mu opuścić lokal. Został jednak, wiedząc, że jego koleżanki nie znają islamu. Policjanci znaleźli ich zmasakrowane ciała w kałuży krwi – chrześcijanka, hinduistka i muzułmanin trzymali się za ręce.

Misjonarze pod ochroną

– Dopiero terror sprawił, że świat przypomniał sobie o tym ubogim kraju – mówi ze smutkiem ks. Dilip Costa, kierownik Papieskich Dzieł Misyjnych w Bangladeszu. Wskazuje, że kraj przeżywa naprawdę trudne chwile, jednak obecna sytuacja to wynik narastania od lat islamskiego fundamentalizmu, któremu władze nie są w stanie – czy też zwyczajnie nie chcą – stawić czoła. Do Bangladeszu szerokim strumieniem płyną petrodolary znad Zatoki Perskiej, a wraz z nimi radykalizacja ideologii serwowanej przez imamów z Arabii Saudyjskiej i Kataru oraz masowy rozwój szkół kanonicznych. Choć zamach wzbudził przerażenie wśród mieszkańców Bangladeszu, islamskie autorytety religijne skwitowały go milczeniem. – Możemy dalej zamykać oczy i udawać, że nic się nie dzieje, ale konsekwencje tego będą przerażające. Trzeba zdobyć się na odwagę i przestać ukrywać prawdę o przemocy w Koranie – mówi ks. Michele Brambilla, przełożony Papieskiego Instytutu Misji Zagranicznych w Bangladeszu. Przypomina on, że już dziewiąty miesiąc wszyscy misjonarze pracują w tym kraju z policyjną ochroną. – Policjanci towarzyszą nam wszędzie: gdy idziemy do kościoła, szpitala czy szkoły. Bez nich nie mamy prawa wyjść z domu – opowiada misjonarz. Takie środki ostrożności wprowadzono po zamachu na ks. Pietra Parolariego, do którego doszło w grudniu ub.r. Miesiąc wcześniej zabito pochodzącego z Włoch świeckiego pracownika Caritas, a także japońskiego specjalistę ds. uprawy roli. Od tej pory wszystkich placówek misyjnych strzeże policja. – Władze chciały, byśmy zaprzestali działalności, ale to byłby koniec naszej misji w Bangladeszu – mówi ks. Brambilla. Kościół prowadzi tu m.in. szpitale, ośrodki zdrowia, szkoły należące do najlepszych w kraju, a także domy opieki dla upośledzonej młodzieży, centra pomocy dla najuboższych i kursy zawodowe. Wspólnota katolicka liczy w tym 160-milionowym, zdominowanym przez islam kraju ok. 300 tys. wiernych. Prześladowani są nie tylko chrześcijanie, ale także buddyści i hinduiści.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama