Czarny Orfeusz

Z greckimi mitami w kinie bywa różnie. Ten film stanowi jednak wyjątek.

Reklama

Historia miłości Orfeusza i Eurydyki to jeden z najbardziej znanych mitów greckich. Opowieść ta od wieków inspirowała malarzy, rzeźbiarzy, twórców oper, sztuk teatralnych, czy wreszcie filmowców.

Jednak w kinie z mitami bywało różnie. Ekranizacje świętych, starogreckich tekstów często kończyły się niezbyt udanymi przygodówkami, przywodzącymi na myśl kino klasy B. „Czarny Orfeusz” Marcela Camusa z 1959 roku stanowi na ich tle wyjątek. Ba, to przecież film uznawany za jedno z nowofalowych arcydzieł. Nagrodzono go zarówno Oscarem, jak i canneńską Złotą Palmą.

Przedstawiciele francuskiej Nowej Fali lubili (i, co najważniejsze – potrafili!) eksperymentować. Niesamowite „Zeszłego roku w Marienbadzie” to był swoisty film-sen, od pierwszej do ostatniej minuty seansu na ekranie królowała oniryczna poetyka i logika snu. „Czrny Orfeusz” to natomiast film-rytm. Film-taniec. Film-pląs. Coś czego widzowie nigdy wcześniej nie widzieli.    

Co ciekawe, akcja filmu toczy się nie w starożytnej Grecji, a pod koniec lat ’50 XX wieku w Rio de Janeiro. Konkretnie w jednej z tamtejszych favel – dzielnic nędzy. Jej mieszkańcy przygotowują się do słynnego karnawału, który bardzo przypomina antyczne bachanalia, czy dionizje – pogańskie święta tańca, śpiewu i radości. Także imiona bohaterów mogą być nam znajome: jest Orfeusz, Eurydyka, Hermes, pies Cerber…

Pierwsza część filmu to właściwie film muzyczno-obyczajowy. Miłość motorniczego tramwaju (Orfeusz) do pięknej nieznajomej (Eurydyka), kolejne ich spotkania, rozmowy i tańce w egzotycznej, południowoamerykańskiej scenerii to w zasadzie wszystko, co ma nam do zaproponowania reżyser w warstwie fabularnej. Ciekawiej jest w tle. Nieustannie rozbrzmiewają tam gorące rytmy samby, co sprawia, że klimat tej opowieści rzeczywiście jest czymś niezwykłym.

Z czasem pojawi się też prześladowca Eurydyki, przed którym bohaterka uciekła z rodzinnej wioski. To tylko oszalały z miłości zamaskowany mężczyzna? A może to Śmierć we własnej osobie?

Wydaje się, że to drugie. Wszak po zniknięciu Eurydyki Orfeusz desperacko zacznie jej szukać, a miejscami, do których zawita będą m.in. szpital, czy kostnica. Czyż nie one są współczesnymi Hadesami? XX- i XXI-wiecznymi krainami umarłych?

To właśnie w czasie tej wędrówki film nabierze znamion najprawdziwszego mitu, a co za tym idzie uniwersalności. Ludzkie zmagania ze śmiercią, ze stratą najbliższych osób są przecież czymś odwiecznym.

Dziś „Czarny Orfeusza” z pewnością trąci już nieco myszką. Technika i środki filmowe poszły na tyle do przodu, że oglądanie filmu Marcela Camusa może być dla współczesnego widza nieco nużące. Natomiast film ten z pewnością ma swoje (honorowe) miejsce w historii światowej kinematografii. Trafnie podsumowano ten obraz w „Stuletniej kronice filmu. Rozmowach radiowych”. Tadeusz Miczka stwierdził w tej publikacji: „dzisiaj nie odbieramy go jako obrazu kultowego, natomiast w tamtych latach wywołał żywą reakcję widowni, chyba z powodu atrakcyjnego przedstawienia zbiorowego szaleństwa”.    

*

Tekst z cyklu Filmy wszech czasów oraz Religie i sztuka

«« | « | 1 | » | »»

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama