Duchowość hollywoodzka

Sporo było szumu wokół „Przełęczy ocalonych” Mela Gibsona. Trochę z powodu kontrowersji wokół antysemickich wypowiedzi reżysera z przeszłości. Więcej jednak dla poziomu artystycznego jego filmu. Obraz była oscarowym kandydatem. Pozostaje jednak hollywoodzkim produktem, ze wszystkimi takowego zaletami i wadami.

Reklama

Historia jest wspaniała i warta była opowiedzenia. Główny bohater z powodu przekonań religijnych odmawia noszenia broni. Chce jednak iść na wojnę, walczyć za swój kraj, który został zaatakowany (na froncie są przecież potrzebni również medycy). Dopiął swego, a na dodatek został bohaterem.

Ten film jest jednym z wielu, ciągle się pojawiających, które dowodzą, że o drugiej wojnie światowej warto powiadać. Pokazuje, jak wielu było w jej trakcie bohaterów. Mało wiemy na przykład o tych, którzy walczyli na Pacyfiku. A przecież każdy kto ratował życie innych był wtedy bohaterem.

Film Gibsona jest jednak produktem made by Hollywood. W dobrym i złym tego określenia znaczeniu.

Z jednej strony tak realistycznego obrazu walk nie dostalibyśmy nigdzie indziej, a robią one przecież piorunujące wrażenie. Z drugiej – sporo w tym filmie niepotrzebnego patosu, wielkich słów. Ta opowieść obyłaby się bez nich.

Dostajemy również genezę postawy bohatera. Wcale nie zbędną. Najważniejsze są jednak jego czyny w trakcie działań wojennych na Okinawie. Skromne, a przecież wielkie.

Odnosi się bowiem wrażenie, że cały prolog tej opowieści – choć jak wspomniałem wyżej istotny – ma cel jedynie wprowadzający. Ma prowadzić widza do tej jednej nocy gdy spotyka się wiara i odwaga głównego bohatera. Gdy osamotniony i bez broni uratował wielu innych.

I od pewnego momentu już nie było dla niego ważne komu pomaga. . Nie rozróżniał czy byli to Amerykanie czy Japończycy. Wszyscy byli ludźmi potrzebującymi pomocy. To, co robił miało więc charakter pojednawczy.

Nie sposób tu uciec od pewnego porównania z „Milczeniem” Martina Scorsese. Ten sam aktor – Andrew Garfield – gra tu główną rolę. Tak samo w obu filmach ważna jest scena modlitwy. O ileż krótsza, bardziej dwuznaczna (odpowiedź to przypadek, czy prawdziwy głos Boga) u Gibsona. I może gdyby taki był cały film - skromny, mówiący obrazami – byłby jeszcze lepszy.

Niestety – jak to w Hollywood – musimy o wszystkim dobitnie zostać przekonani. Nawet o wadze religii i duchowości na wojnie (jak w scenie opóźnienia kolejnego ataku z powodu modlitwy głównego bohatera).

Ten film wart jest jednak obejrzenia. Tak, jak historia warta była opowiedzenia. Choć może nie do końca w taki sposób, jak akurat zostało to zrobione.

«« | « | 1 | » | »»

Wybrane dla Ciebie

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama