Stosunki dyplomatyczne netto

Brak chusty na głowie Melanii Trump wart jest ok. 350 mld dolarów.

Reklama

To nie chusta na głowie Melanii Trump była najważniejsza w wizycie prezydenta USA w Arabii Saudyjskiej. A ściślej: nie brak chusty na głowie pierwszej damy, choć nie bardzo łapiące istotę takich dyplomatyczno-biznesowych wypadów media na tym skupiły swoją uwagę. Już nawet mniejsza o to, że to nie ona pierwsza „złamała zasady”, bo i Michelle Obama zrobiła to samo, i – z przywódczyń światowych – m.in. Angela Merkel. Ale naprawdę nie w tym rzecz. Szejkowie wprawdzie trzymają ścisły reżim w swoim kraju i kobiety lekko nie mają (polecam doskonały saudyjski film „Dziewczynka w trampkach”), ale dla gości z Zachodu mają wyrozumiałość. Zwłaszcza gdy to goście z gotowymi kontraktami, które wiążą biznesowo USA i Arabię Saudyjską jeszcze bardziej niż dotąd. A i goście chętnie oko przymkną na fakt, że z prawami człowieka u biznesowo atrakcyjnych gospodarzy jest dużo gorzej niż na przykład w takim Iranie.

Podpisane kontrakty dotyczą głównie przemysłu zbrojeniowego. Jedna z zawartych w czasie tej wizyty umów dotyczy sprzedaży Saudyjczykom amerykańskiego uzbrojenia za ok. 110 mld dolarów. Po co Arabii taki sprzęt za taką kwotę? To kolejna rzecz, która w tej wizycie jest – w przeciwieństwie do „sprawy nakrycia głowy Melanii” – ważna. Saudyjczycy w ten sposób zyskują wsparcie w rywalizacji z Iranem o miano regionalnego mocarstwa. Pytanie, czy Amerykanie wiedzą, że część tego zakupionego sprzętu wędruje do różnych organizacji, które w Syrii dokonują systematycznej rozbiórki tego państwa. Owszem, walczą przeciwko działającym tam również bojówkom opłacanym i dozbrajanym przez Iran. Tylko dlaczego te drugie są gorsze? Tylko dlatego, że otrzymany sprzęt nie pochodzi z Arabii Saudyjskiej, która kupuje go z USA?

Piszę to z pewnym sarkazmem, ale trudno pisać inaczej w sytuacji, gdy w Syrii na tych międzynarodowych gierkach i ścieraniu się interesów mocarstw od kilku lat cierpią konkretni ludzie. I to ze względu na te gierki ten konflikt jest ciągle nierozwiązywalny. Dlatego z mieszanymi uczuciami przyjąłem orędzie Donalda Trumpa, jakie wygłosił w Arabii Saudyjskiej. Wezwał on liderów krajów arabskich do przeciwstawiania się islamskiemu terroryzmowi, który – tu słuszna uwaga – blokuje rozwój Bliskiego Wschodu. Z pewnością rację miał Trump, gdy mówił w Rijadzie, że jest to „walka między barbarzyńskimi przestępcami, którzy dążą do unicestwienia ludzkiego życia, a uczciwymi ludźmi wszystkich religii, którzy starają się je chronić”.

Dobrze zabrzmiały słowa, że walka z terroryzmem oznacza „wspólne przeciwstawianie się mordowaniu niewinnych muzułmanów, uciskowi kobiet, prześladowaniu Żydów i masakrze chrześcijan”. Tyle że droga do tego nie prowadzi przez zbrojeniowe kontrakty z tymi, którzy mają duży interes w tym, by pewne konflikty bliskowschodnie nie wygasły zbyt szybko. Wspomniany kontrakt na 110 mld dolarów to nie wszystko. Podpisano również inne, które otwierają USA na potężne inwestycje Saudyjczyków w samych Stanach. W sumie w ciągu 10 lat amerykańska gospodarka ma zyskać na tych umowach 350 mld dolarów. I jeśli tylko to będzie efektem tej wizyty Trumpa, to chwała mu za to. Na tym polega robota przywódcy supermocarstwa i dobrego biznesmana. Gorzej, jeśli „skutkiem ubocznym” tej machiny będzie pogłębiająca się nędza społeczeństw, które przez nieustanny obrót bronią przez kraje ościenne, nie będą mogły wyrwać się z wojennej spirali.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama