OJCIEC

(opowiadanie)

Reklama

Noc. Do świtu jeszcze daleko. Przyniosłem już wodę z cysterny. Nie chcę, by ktokolwiek mnie widział. Nie mam sił znosić pogardliwych spojrzeń, gestów, okrzyków, splunięć. Chciałbym, żeby zapomnieli. Tak dawno nie wychodziłem z ruin mojego domu w dzień. Niech myślą, że oszalałem, odszedłem... Nie mam dokąd pójść i nikt mnie nie poprowadzi, nie podtrzyma. Nie mam celu. W ciągu trzech lat stałem się starcem ale nie odbieram szacunku należnego starcom. Syn nie wspiera mnie swoim ramieniem. Jestem jak samotny ptak na pustyni, jak chory na trąd. Zakrywają przede mną twarze.

Mówiłem do niego „mój lwie”. Patrzyłem jak rozkwitał i rósł – niemowlę, dziecko, młodzieniec. Serce przepełniało się tkliwością i dumą, gdy z każdym kolejnym rokiem stawał się odbiciem marzeń o idealnym synu. W nim spełniały się moje nadzieje i ambicje. Lubiłem słuchać jego uwag, prowadzić dyskusje o sprawach głębokich i ważnych – choćby tylko dla niego. W duszy wyżej ceniłem jego słowo, niż głos bliskich i przyjaciół. Mój lew, mój jedyny syn.

Ukradkiem przyglądałem się jego zabawom, gdy samotnie stwarzał z patyków i kamieni obraz królestwa. Prowadził wojny, ochraniał swoich poddanych, zawsze rozbudowywał i upiększał świątynię, nie swój pałac. Rządził sprawiedliwie. Mój lew.

Chciałem by zaszedł wyżej niż ja, by był naprawdę kimś. Widział moje starania, poświęcenie, oczekiwania. Doceniał moje wysiłki i odpowiadał na nie najlepiej jak potrafił. Kochający syn.

Pamiętam dzień jego pierwszego publicznego wystąpienia w synagodze. Bladość twarzy i następujące po niej falami wypieki, gdy rozedrganym głosem odczytywał publicznie świętą księgę. Patrzyłem z taką dumą. Tyle dni tłumaczyłem znaczenie świętych słów, uczyłem ich interpretacji. Jestem pewien, że znał je na pamięć. Nie zawiódł mnie. Mówił głośno, dobitnie podkreślał najważniejsze słowa, zawieszał głos, podnosił dłoń. Był jak prorok.

To prawda, byłem surowy. Wymagałem, by wszystko co robił, było doskonałe.

– „Jeśli chcesz do czegoś dojść, nie możesz pozwolić sobie na bylejakość ani w interesach, ani w wierze” – powtarzałem. Uczyłem wiary i wierności ideałom, uczyłem jak wchłaniać Słowo Boże i szanować je. Żyć nim.

Nigdy nie cierpieliśmy biedy. Handel rozwijał się doskonale już w rękach mojego ojca. Pan błogosławił mojemu domowi.

Żyliśmy na uboczu. Jeśli ktoś z mieszkańców miasteczka nie szukał wielkiego świata, to z pewnością świat nie szukał nas, ani do nas nie zaglądał. Wiele razy pojawiały się pogłoski o wyzwolicielu. Im bardziej Rzym kładł swoją zbrojną rękę na naszej ziemi, tym częściej rodziły się wśród ludu baśnie powstałe z tęsknoty.

Sam zasiewałem w nim tę nadzieję. Jak wszyscy wierni Żydzi, także i my oczekiwaliśmy Mesjasza i wierzyliśmy w jego nadejście. Pełnią swego młodego serca przyjmował opowieści, które w nim szczepiłem.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Autopromocja

Reklama

Reklama

Reklama