Nie straszyć islamem

Reklama


Po 11 września 2001 roku islam kojarzy się z bardzo wojowniczą religią. Data ta przypomina, że gdy Mahomet pojawił się w historii, wkrótce zaczęły się wojny z jego przeciwnikami. Potem były wojny islamu z Bizancjum. Grupa wiernych, którą skupił wokół siebie, właściwie od początku walczyła. Również w historii Polski ciągle mieliśmy najazdy Turków czy Tatarów, zawsze walczyliśmy „z pohańcami sprośnymi”. Czy słuszny jest niepokój, że po islamie można się spodziewać podbojów, bo dżihad jest czymś konstytutywnym dla tej religii?

W perspektywie zarysowanej przez Ojca pewnie słuszny. Chociaż sprawa będzie wyglądała inaczej, jeśli się ją osadzi w kontekście stylu życia plemion arabskich. Tam bowiem wojny plemienne, najazdy, wzajemna rywalizacja zbrojna były codziennością. Walki były naturalnym elementem, który wyznawcy Muhammada w pewien sposób wykorzystywali. Z drugiej strony w całej średniowiecznej Europie w momencie wiosennego zejścia śniegów zaczynał się czas wojen. Nie zawsze zaczynali je Turcy czy Tatarzy. Przychodził czas wojny i mężczyźni zakładali zbroje, bo to było ich główne zajęcie. W takim kontekście należy spojrzeć na wojownicze początki islamu. Zwyczaje muzułmanów w tym względzie nie odbiegały od norm europejskich aż do XVIII wieku.

Patrząc na chrześcijaństwo, przynajmniej mogę mieć taką nadzieję, że wojny były niewiernością przesłaniu Ewangelii. Jak jest w islamie? Czy Muhammad zachęcał do wojny? Co mówi na ten temat Koran? Jakie obowiązują zasady?


Nie wiem do końca, w jakim stopniu element wojenny jest konstytutywny dla islamu jako religii. Nie da się go zupełnie oddzielić. Jest on na tyle silny i na tyle wpleciony w historię, że łatwo go wykorzystać do zmobilizowania muzułmanów. Jeśli jednak nawet przyjęlibyśmy, że jest on warunkiem niezbędnym, to spotykamy w historii islamu, w różnych kulturach i czasach, gorliwych wyznawców, którzy nie sprzyjali wojowaniu lub wręcz wstrzymywali się od niego. Były to na przykład ruchy sufickie czy grupa gorliwych muzułmanów o bardzo pacyfistycznym nastawieniu zwana Dżakhanke, działająca w zachodniej Afryce. Czy w obecnej sytuacji muzułmanie zaangażują się w zbrojną walkę, zwłaszcza w Europie, to już jest osobna sprawa.

W wielu tekstach publicystycznych czytamy, że żyjemy w przededniu konfrontacji europejsko–islamskiej. Czy to jest przejaw nieuzasadnionej paniki czy rzeczywiście grozi nam konfrontacja?


Jest w tym wiele paniki. Scenariusz konfrontacyjny jest prawdopodobny, jeśli będą naciskane odpowiednie klawisze po stronie chrześcijańskiej i muzułmańskiej mające antagonizować ludzi. Potrafię sobie jednak wyobrazić sytuację współpracy, w której obydwie wspólnoty religijne stanowią dla siebie wyzwanie, ale nie są wzajemnym zagrożeniem.

Nurtuje mnie pytanie o dżihad. Czy to jest wojna wewnętrzna czy zewnętrzna? W niektórych tekstach jest mowa, że muzułmanie będą do końca świata prowadzić dżihad przeciwko niewiernym, dopóki ci nie staną się ich poddanymi, w innych zaś, że islam jest religią pokoju, a dżihad to zmaganie duchowe.


Istnieje zewnętrzna i wewnętrzna strona dżihadu. Różne środowiska inaczej rozkładają akcenty. Są takie, które podkreślają potrzebę wewnętrznej walki z własną słabością i grzechem, a w ostateczności konieczność podjęcia wojny zewnętrznej, są też takie, które odwracają proporcje. Muhammad wskazywał wewnętrzną walkę jako większy dżihad, ważniejszy, wymagający większego wysiłku, zaangażowania, natomiast zewnętrzny dżihad traktowany był jako okresowe wezwanie podejmowane w zależności od warunków zewnętrznych. W Europie dżihad zewnętrzny nie ma specjalnej przyszłości. Trudno mi sobie wyobrazić, żeby grupy eksponujące zewnętrzną walkę mogły zdobyć większy posłuch, zyskać go w europejskim kontekście. Z drugiej strony, myśląc o euroislamie i pamiętając, jak muzułmanie funkcjonowali w różnych społecznościach poprzez wieki, łatwo zauważyć, że wiele wskazuje na to, że trudniej jest im się odnaleźć w sytuacjach, gdy nie sprawują władzy w państwie. Mają tendencję do sprawowania kontroli nad jakimś terytorium czy nad jakąś społecznością.

Czy zatem jest możliwe pokojowe współistnienie struktur zachodnich i muzułmańskich? Znów odwołam się do tekstów, w których czytałem, że są to dwie tak odrębne kultury, że ostra konfrontacja jest nieunikniona. Różnice religijne, kulturowe i cywilizacyjne są zbyt duże.


Proszę spojrzeć na Tatarów polskich czy litewskich, choć to niewielka grupa. Nie utracili własnej wiary, tożsamości, a od kilkuset lat funkcjonują spokojnie w naszej kulturze, są spolonizowani i nie ma większych scysji. Innym przykładem może być dawne Cesarstwo Austro–Węgierskie, w którym islam był — obok chrześcijaństwa — oficjalną, uznaną przez państwo religią. W końcu XIX wieku te dwie wspólnoty potrafiły istnieć bez zgrzytów. Może dlatego, że na co dzień rzadko podnosi się kwestie doktrynalne, co do których wiadomo, że nie będzie konsensu, bo podejścia są zupełnie różne. Trzeba również popatrzeć na wspólnoty bliskowschodnie. Liban, zanim stanął w ogniu w połowie lat 70., był przez kilkadziesiąt lat miejscem, w którym obie wspólnoty dobrze funkcjonowały. Napięcia pojawiały się wskutek nacisków z zewnątrz, ze strony Turcji czy później, kiedy Francuzi przyjęli kontrolę nad Libanem. Zaistniał cały splot zewnętrznych wydarzeń, które spowodowały, że lokalne wspólnoty przestały się dogadywać. Myślę, że jeżeli się ludzi zostawia w spokoju, to znajdą sposób na życie pomimo różnic.

Czy jednak jest możliwe pogodzenie modelu państwa islamskiego, w którym obowiązuje szariat, z państwem laickim typu zachodnioeuropejskiego zakładającym pluralistyczne społeczeństwo, w którym demokratycznie żyją różne grupy etniczne i wyznaniowe?


Chyba się nie zdarzyło, by funkcjonowało państwo kierujące się prawem szariatu i europejskim modelem demokratycznym. Wczytując się jednak w źródła historyczne, w imperium Omajjadów i Abbasydów, czyli w VIII–IX wieku, znajdziemy sytuację zbliżoną — było państwo muzułmańskie z zasadami wyznaczanymi przez szariat, a inne wspólnoty religijne funkcjonowały swobodnie, miały dużą autonomię. Oczywiście, można powiedzieć, że tzw. pakt Omara czynił z chrześcijan i innych niemuzułmanów obywateli drugiej kategorii, ale w muzułmańskich tekstach polemicznych z IX w. (np. u Al–Dżahiza) da się wyczytać, że ci chrześcijanie mieli dość znaczne wpływy w państwie. Byli szanowanymi obywatelami ze względu na swoje umiejętności i pomimo odmienności religii. Podobna sytuacja miała miejsce w Hiszpanii, w której Żydzi, chrześcijanie i muzułmanie włączyli się w budowanie kultury w państwie opartym na wzorcu muzułmańskim. Okazuje się zatem, że muzułmanie dążą do objęcia władzy czy sprawowania kontroli nad jakąś grupą czy terenem, ale to wcale nie musi oznaczać, a w historii w wielu sytuacjach nie oznaczało, że tworzą autorytarną władzę prześladującą wyznawców innych religii.

Wspominał Ksiądz podczas wykładów, że wspólnoty chrześcijańskie na terenie zajętym przez Arabów, na Bliskim Wschodzie przetrwały praktycznie do dzisiaj. W potocznym myśleniu utożsamiamy ekspansję islamu ze zniszczeniem chrześcijaństwa w Afryce Północnej czy na Bliskim Wschodzie.


Tajemnica zniknięcia Kościołów w północnej Afryce nie tkwi w podbojach muzułmanów, lecz w tym, że nie były one zakorzenione w kulturach rdzennej ludności północnej Afryki. Kościół ten tworzyły głównie elity, które wyjechały po najazdach Wandalów i Arabów. Można to stwierdzić w kontraście do Kościoła w Etiopii czy Kościoła koptyjskiego w Egipcie, które zostały mocno osadzone w miejscowej, lokalnej kulturze i przetrwały wieki islamizacji do dziś. Wytrzymały nawet szesnastowieczny zryw islamizacyjny. Funkcjonują także nestoriańskie wspólnoty na Bliskim i Środkowym Wschodzie. Jeśli Kościoły zamierały, to był to efekt ich skamienienia, konfliktów, podkopywania się nawzajem, a nie tego, że prześladowali je muzułmanie. Owszem, nie można zaprzeczyć, że były prześladowania, ale z ponownego odczytania źródeł wynika, że były one okresowe i pojawiły się pod wpływem spraw zewnętrznych. Gdy muzułmanie przegrali wojnę, to ktoś wpadał na pomysł, że chrześcijanie mają za dużo do powiedzenia. Poza tym Kościół w Afryce przez długi czas był pochłonięty walką z herezjami, głównie z donatyzmem. Wygrał ją wprawdzie, lecz po niej był półmartwy.
«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Autopromocja

Reklama

Reklama

Reklama