Zaduszkowe refleksje

Jestem przekonany, że dla mieszkającego w namiocie koczownika pałac Potala musi być dziełem bogów i stąd może przekonanie, że dalajlamowie to żywi bogowie. Dla Tybetańczyków bardziej świętym niż Potala miejscem jest tak zwana katedra Lhaska Dżokang. Uczestniczyłem w kilku ceremoniach i miałem niezapomnianą przygodę.

Reklama

W zaduszny dzień, razem z rodziną, odwiedzałem powązkowskie groby. Te rodzinne ale i te na których tradycja rodzinna nakazuje zapalić świeczki.

Rano przyleciałem na Okęcie z Bagdadu, po kilkumiesięcznej azjatyckiej podróży. Dlatego silniej niż zwykle odczuwałem zimno. Mimo ciepłego ubrania, chłód i wilgoć, siąpiącego tego dnia deszczu, przenikały mnie głęboko, chyba do samej duszy, tworząc razem z otoczeniem, nastrój sprzyjający zwykle omijanym rozważaniom.

Szedłem na końcu rodziny i wspomnienia z ostatniej podróży mieszały mi się z tymi związanymi z chwilą obecną i tak doszedłem do porównań obrzędów związanych z pochówkiem bliskich w odległych egzotycznych krajach i u nas.

Pierwszym krajem w mojej ostatniej podróży była Mongolia w której w zasadzie brak cmentarzy. Nikt z miejscowych, szczególnie tych którzy znają europejskie zwyczaje, nie chce nawet na ten temat rozmawiać. Nie był to mój pierwszy pobyt w Mongolii i sprawa ta fascynuje mnie od dłuższego czasu. Wiem, że człowiek mieszkający w jurcie, który ma umrzeć, odchodzi w step i tam umiera w samotności. Sam musi podjąć decyzję o odejściu, jest to wyłącznie jego sprawa. Jeżeli się pomyli to nie może nawet wrócić do swojej jurty, za to w każdej innej przyjmą go bez pytań. Gdy opowiadam o tym w kręgu ludzi wywodzących się z kultury europejskiej, chrześcijańskiej, to z reguły uważają ten zwyczaj jako okrutny. Ja chyba jestem pełen podziwu dla człowieka podejmującego tą ostateczną decyzję i chwilami wydaje mi się ten zwyczaj wspaniałym.

Chciałbym samemu móc kierować swoim życiem i sam odpowiadać za swoje czyny i w tej filozofii świadome podejmowanie takiej ostatecznej decyzji fascynuje mnie. Oczywiście nie jestem pewny jak bym się w takiej sytuacji zachował. Moja fascynacja wynika na pewno z wątpliwości. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że dla bliskich umierającego ten zwyczaj, przynajmniej w naszych kręgach kulturowych, byłby nie do przyjęcia. Praktycznie taki pochówek jest możliwy tylko na rozległych stepach Mongolii, pełnych zwierząt i drapieżnych ptaków. Tylko w tym przypadku wiadomo, że wkrótce nie zostanie po umierającym nawet ślad.

Trudno powiedzieć skąd ten zwyczaj pochodzi. Nie jest on typowy dla buddyzmu, czy panującej w Mongolii jego odmiany - Lamaizmu. Myślę że są to wpływy przedbuddyjskich religii Bonu. Z drugiej jednak strony lamaizm nie pozwala nawet poruszyć ziemi, tym bardziej jej uprawiać i pewnie dlatego nie można też robić ziemnych grobów. Tradycyjne mongolskie buty mają zadarte nosy by nawet przypadkiem nie poruszyć ziemi. Można jednak spotkać w stepie tajemnicze kamienne kręgi, które mogą być śladami grobów wielkich przywódców jeszcze z czasów mongolskiej wyprawy na Europę, w XIII-tym wieku.

Kilka tygodni później byłem w Sien, mieście które przez kilkanaście wieków było stolicą cesarstwa Chińskiego. Miasto to słynne jest z odkrytych w latach siedemdziesiątych tak zwanych przycmentarzy w których pochowana jest cała cesarska armia z ceramiki będąca wierna kopia tej prawdziwej armii. Ceramiczni rycerze podobno mają przedstawiać konkretne postacie.

W tym pięknym i wielkim mieście byłem świadkiem innego zwyczaju. Konającego wyniesiono z jego łóżkiem na ulicę i pokazywano mu otoczenie. "Popatrz na drzewo, na jego listki, na chmury, na zatłoczoną ulicę, samochody, a tu pomiędzy tymi wysokimi budynkami zachodzi słońce, ma akurat nieoczekiwane fioletowe zabarwienie, widzisz - idą długonosi" (bo tak w Chinach nazywa się ludzi białej rasy). Najbliżsi chcą konającemu dać jak najwięcej wrażeń na tą, być może długą i nieznaną podróż. Chcą by konający dobrze zapamiętał swoje otoczenie i świat z którego odchodzi. Nie jest to zwyczaj smutny, raczej tylko poważny, może podniosły. Może dzięki temu zwyczajowi każdy Chińczyk wie, że śmierć jest kolejnym etapem życia i wszyscy, zarówno ten który odchodzi, jak i ci co pozostają muszą również ten etap przeżyć godnie.

Pamiętam swoje wzruszenie w momencie gdy zastanawiałem się nad tak pomyślaną chwilą odchodzenia. Wydaje się że moment taki - rozmowa z konającym przybliża go bardzo do odprowadzającej go rodziny. Dając odchodzącemu te ostatnie informacje, czy dostarczając mu ostatnich wrażeń, myślimy również o tej ostatniej swojej chwili i być może, że to jest nauka odchodzenia. Kiedyś, gdy przed uczestnikami takiej ceremonii stanie problemem konieczności odejścia z tego świata, będą do niego lepiej przygotowani i z nim pogodzeni.

W Chinach człowieka chowa się w ziemi i to najlepiej tam gdzie żył i pracował. Grób rolnika musi znajdować się na polu które uprawiał. Groby spotyka się nawet na małych poletkach. Miejsca pochówku otoczone są czcią i nie wolno ich ruszać, a ozdobione są zawsze białymi wstążkami. Nie przerażająca i smutna czerń, a uspakajająca biel jest kolorem żałoby. W rejonach o wielkiej gęstości zaludnienia tradycja taka staje się kłopotliwa. Władze myślą o przeniesieniu tych rozproszonych grobów na cmentarze, ale boją się tego nakazać.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Autopromocja

Reklama

Reklama

Reklama