Potępiają spalenie meczetu w Galilei

Prezydent Izraela Szimon Peres powiedział w poniedziałek, że jest przerażony i zawstydzony z powodu spalenia meczetu w Galilei. Potępienie dla tego czynu wyraził też premier Benjamin Netanjahu oraz dwaj izraelscy naczelni rabini: aszkenazyjski i sefardyjski.

Reklama

"Jestem zszokowany do głębi. To nie tylko (działanie) przeciw prawu, ale i przeciw moralności oraz religii żydowskiej" - powiedział Peres.

Prezydent przyjechał na miejsce nocnego zdarzenia - do arabskiej miejscowości Tuba-Zangrije, na północy kraju - w towarzystwie obu rabinów, a także duchownych i liderów społeczności muzułmańskiej, chrześcijańskiej i druzyjskiej.

Naczelny rabin sefardyjski Szlomo Amar powiedział, że atak na meczet był aktem bluźnierczym. "Wzywamy wszystkich przywódców, by potępili terror, a takie czyny jak ten są aktami terroru" - oznajmił.

Premier Izraela Benjamin Netanjahu w odpowiedzi na podłożenie ognia w świątyni muzułmańskiej w Galilei podkreślił, że w Izraelu wolność religii jest najwyższą wartością i tego typu akty wandalizmu nie mogą mieć miejsca. Oświadczył, że polecił podległym sobie służbom jak najszybsze wykrycie i schwytanie sprawców zniszczenia meczetu.

W efekcie ataku siły bezpieczeństwa postanowiły chronić meczety w całym kraju, by nie dopuścić do kolejnych tego typu aktów i zapobiec wybuchowi przemocy na tle religijnym.

Tymczasem zastępca szefa północnego oddziału organizacji Ruch Islamski szejk Kamal Chatib oświadczył, że "rasizm zapanował na żydowskiej ulicy". Jego zdaniem, rząd Izraela "zachęca do takich aktów i do nienawiści wobec muzułmanów".

Kilkuset oburzonych okolicznych mieszkańców, w proteście przeciw zniszczeniu meczetu, podpalało opony na ważnej drodze nr 90 łączącej północ Izraela z południem i wdało się w utarczki z policjantami, obrzucając ich kamieniami. Siły porządkowe dwukrotnie rozpraszały demonstrantów.

Meczet spalił się w miejscowości założonej na początku XX wieku przez beduinów w pobliżu Rosz Pina. Mieszkańcy mówią, że na ścianach zniszczonej świątyni widnieją m.in. napisy "zemsta" oraz "metka z ceną (odpłata)".

Za pomocą tego ostatniego słowa żydowscy osadnicy zwykle określają akty przemocy i wandalizmu podejmowane przeciwko palestyńskim sąsiadom na terytoriach, które są kością niezgody w stosunkach obu narodów. W ostatnim czasie - w związku ze złożeniem przez Palestyńczyków wniosku o przyjęcie do ONZ - liczba tego typu incydentów gwałtownie wzrosła w różnych częściach Zachodniego Brzegu Jordanu oraz w Jerozolimie Wschodniej, a zatem tam, gdzie Palestyńczycy widzą obszar swego państwa; Palestyna ma także obejmować Strefę Gazy, ale tam nie ma już żydowskich osadników, a terytorium włada radykalny islamski Hamas.

Izraelskie służby bezpieczeństwa i wojsko alarmują, że narasta fala żydowskiego prawicowego ekstremizmu na spornych terytoriach, a liderzy tego ruchu domagają się jednoznacznej aneksji spornych terytoriów przez Izrael - w odpowiedzi na próby utworzenia Palestyny.

Pożar meczetu miał jednak miejsce w Galilei, a zatem na obszarze uznawanym za część "właściwego Izraela" (w granicach z 1948 roku), a nie za terytorium okupowane. Spora część beduińskich mieszkańców Tuba-Zangrije walczyła nawet w 1948 roku ramię w ramię z Żydami przeciwko wojskom syryjskim, a także służy i dziś w izraelskich siłach zbrojnych.

Jednak wielu Izraelczyków jest przekonanych, że nie tylko Palestyńczycy, ale wszyscy Arabowie, nawet ci najbardziej "izraelscy", są tak naprawdę ukrytymi wrogami państwa żydowskiego i podzielają zdanie Hamasu, że Palestyna powinna powstać nie w granicach z 1967 roku, do czego dąży kierownictwo Autonomii Palestyńskiej z prezydentem Mahmudem Abbasem na czele, lecz na całym obszarze dzisiejszego Izraela.

"Ekstremiści żydowscy z Zachodniego Brzegu próbują pokazać, że konflikt dotyczy całego Izraela, ale to im się nie powinno udać, ponieważ nie mają dużego poparcia nawet wśród żydowskich osadników z Zachodniego Brzegu" - przekonuje PAP Clinton Bailey, były doradca w izraelskim ministerstwie obrony, ekspert w kwestii beduińskiej. "Być może w innych okolicznościach arabska propaganda mogłaby użyć spalenia meczetu jako pretekstu do rozpętania kolejnej fali nienawiści wobec Izraela, ale nie będzie to łatwe w sytuacji, gdy tuż za miedzą, w Syrii, reżim morduje tysiące ludzi i specjalnie nie słychać arabskich głosów oburzenia" - podkreśla w rozmowie z PAP Bailey.

"Mam nadzieję, że władze Izraela szybko wykryją sprawców i surowo ich ukarzą, a dzięki temu spalenie tego meczetu pozostanie tylko godnym ubolewania incydentem, bo potencjalnie może być ono, niestety, bardzo groźne w skutkach" - powiedział PAP Hillel Frisch z departamentu studiów politycznych uniwersytetu Bar-Ilan, specjalista od relacji palestyńsko- i arabsko-izraelskich.

Jak mówi Frisch, sympatia arabskich mieszkańców Izraela, którzy "nie zradykalizowali się nawet w czasie drugiej intifady na początku poprzedniej dekady, obecnie coraz bardziej widocznie przesuwa się na stronę palestyńską i bodaj po raz pierwszy widzimy, że dzieje się tak wskutek działań żydowskich osadników, co jest ich potwornym błędem".

Mimo to Frisch apeluje, by przykładać właściwą miarę do konfliktów etnicznych w Izraelu. "Tego rodzaju konflikty zawsze są najbardziej krwawe. Popatrzmy choćby na to, co działo się w Bośni i Kosowie. Z tej perspektywy nasz konflikt jest o wiele łagodniejszy i mam nadzieję, że nie wymknie się spod kontroli" - powiedział ekspert.

«« | « | 1 | » | »»

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama