Zgodnie z tradycją, święta linia wyznaczająca granice Rzymu, została wytyczona na podstawie słów przepowiedni, gdy dwaj bracia, Romulus i Remus, spierali się o to, gdzie założyć osadę.
Kiedy poszukujemy w Rzymie twarzy pierwszych wyznawców Jezusa, uderza nas, jak bardzo ulotna i mglista jest rzymska historia wczesnego chrześcijaństwa. Pierwszymi chrześcijanami byli głównie ludzie nisko urodzeni, greckojęzyczni przybysze, którzy w latach czterdziestych i pięćdziesiątych napłynęli na zachód ze wschodnich prowincji Cesarstwa Rzymskiego. W Rzymie oddawali cześć swemu Bogu pośród gwarnych tłumów ze wschodu − nawet uważny obserwator z trudem wyłowiłby ich z wielojęzycznej rzymskiej masy.
W samym sercu mocarstwa, w którym tętniło życie polityczne i religijne, a współistniały dziesiątki kultów, pojawili się pierwsi chrześcijanie − bywali wyganiani, lecz powracali i pozostawali właściwie niezauważeni. Nie musieli się ukrywać, po prostu nikt nie zwracał na nich uwagi. Choć w ciągu wieków niektórzy z nich ginęli w brutalny sposób, o czym świadczą opowieści i martyrologia, większość Rzymian nie dostrzegała w ich śmierci heroizmu, ponieważ w ogóle ich nie zauważała. Blask świętości, który w kolejnych stuleciach spłynął na straconych, sprawił, że ich postacie skąpały się w chwale Złotej legendy. Jednak w pierwszych wiekach po Chrystusie byli oni jedynie wyznawcami mało znanego kultu praktykowanego w najuboższych dzielnicach miasta, choćby w oblepionych muchami nędznych chatach na nizinach otaczających Via Appia.
W I stuleciu rytm życia i strukturę miasta niezmiennie wyznaczał tradycyjny pogański kult. To właśnie cześć oddawana niezliczonym bóstwom nadawała Rzymowi jego ostateczny kształt. Zgodnie z tradycją pierwsze pomerium – święta linia wyznaczająca granice miasta – zostało wytyczone na podstawie słów przepowiedni, gdy dwaj bracia, Romulus i Remus, spierali się o to, gdzie założyć osadę. Jak głosi legenda, Romulus ujrzał na Wzgórzu Palatyńskim dwanaście sępów, po czym ujął pług ciągnięty przez krowę i byka i wyorał bruzdę mającą stanowić nienaruszalną granicę, spinającą Kwirynał na północy z Palatynem na południu. Wróżby, lemiesz i zwierzęta ofiarne stały się fundamentami nowej potęgi.
Ta opowieść to zapewne jedynie legenda, lecz religia w sposób rzeczywisty zdefiniowała rzymską przestrzeń – świątynie wznoszone na cześć bogów, bogiń i ubóstwionych cesarzy wyrastały niemal w każdym zakątku miasta. Od początku VI wieku p.n.e. Rzymianie spacerujący u podnóża Palatynu i Kapitolu, wzdłuż pomerium, przechadzali się w cieniu świątyni Jowisza Kapitolińskiego. Sanktuarium najważniejszego boga Rzymu, wzniesione z monumentalnym greckim rozmachem, szybko obrosło gęstniejącą siecią trofeów, kapliczek i ołtarzy. W całym mieście powstawały liczne świątynie poświęcone Concordii, Wenus, a nawet Juliuszowi Cezarowi.
W obrębie pomerium, pod lśniącymi dachami, Rzymianie mogli oddawać cześć bogom i pierwszym śmiertelnikom, którzy dołączyli do grona bóstw. Nawet fora i pałace, miejsca pracy i wytchnienia, poddane były tej samej sakralnej dyscyplinie – starożytny Rzymianin wiedział bowiem, że każda ludzka działalność wymaga błogosławieństwa i krwawej ofiary złożonej bogom.
Mężczyźni, kobiety i dzieci przemierzający święte centrum Rzymu obcowali z praktykami pogańskiej religii. Głównymi arteriami miasta pędzono woły ku nieskazitelnie białym ołtarzom. W palącym rzymskim słońcu zwierzęta pochylały łby obsypywane ziarnem i skrapiane winem. Gdy tylko dopatrzono się w ich ruchu znaku przyzwolenia, ich krew przelewano w ofierze dla bogów. Rzym trwał w nieustannym wyczekiwaniu na niebiańskie wyroki i kaprysy. Kiedy bogowie – lub sam cesarz – żądali ofiary, nikt z mieszkańców nie mógł uchylić się od obowiązku. W wielkich sanktuariach ofiarowywano dorodne woły, a ubożsi Rzymianie składali w ofierze jedynie kadzidło i wino.
Święta religijne wyznaczały rytm roku, wprowadzając miasto w stan ekstazy, radości, a niekiedy zbiorowego oczyszczenia. Podczas Luperkaliów bezdzietne kobiety wystawiały plecy na uderzenia rzemieni z koziej skóry, wierząc, że ten bolesny rytuał zapewni im upragnioną płodność. Zgoła inny, swawolny charakter miały Saturnalia: Rzymianie zrzucali togi, pili na umór i oddawali się hazardowi. Stawiając sestercje na rzut kośćmi lub z zapartym tchem śledząc rydwany mknące ku mecie Circus Maximus, obywatele, wyzwoleńcy i niewolnicy szukali wytchnienia.
W czasie największych uroczystości na początku I wieku miasto wyludniało się tak bardzo, że cesarz August (27p.n.e.–14 n.e.) musiał słać patrole do pilnowania pustych ulic. Inaczej domy, w których niemal nikt nie pozostał, stałyby się „pokusą dla różnych złodziejaszków”.
*
Powyższy tekst jest fragmentem książki "Rzym miasto Boga. Opowieść o świętości i władzy". Autorka: Jessica Warnberg. Wydawnictwo ZNAK

Jest miejscem otwartości, spotkania i inspiracji dla ludzi ze wszystkich narodów i religii.
Jerozolima - „miasto pokoju”. Duchowy dom zarówno dla żydów, chrześcijan jak i muzułmanów...