Albo przyjmiesz islam, albo zabiorę ci dziecko!

Agnieszka Gieroba

dodane 20.01.2019 08:30

Mąż dał jej pół godziny na decyzję czy przechodzi na islam, czy na zawsze zabierze jej córkę, a ją deportuje do Polski. To było najgorsze pół godziny w życiu Małgorzaty Grabskiej.

Małgorzata Grabska Agnieszka Gieroba /Foto Gość Małgorzata Grabska

Ta historia wydarzył się wiele lat temu, ale wciąż jest aktualna.

- Nie trzymam tego, co mnie spotkało dla siebie, choć to bardzo osobista sprawa. Mówię o tym, bo może moja historia kogoś uchroni przed podobnym losem - mówi kobieta.

Na studiach w katowickiej AWF poznała przystojnego Tunezyjczyka. Kiedy lepiej się poznali, zakochali się w sobie. Po trzech latach znajomości postanowili się pobrać.

- Moi rodzice delikatnie przestrzegali mnie przed tym małżeństwem, ale ja byłam pewna, że te wszystkie straszne historie, o których się słyszało, mi się nie przytrafią. Byłam zakochana, mój narzeczony był bardzo szarmancki, nosił mnie na rękach i mówił, że bardzo kocha. Dlatego mimo przestróg, także pani w poradni psychologicznej, do której się wybraliśmy, postanowiłam wyjść za niego za mąż - opowiada.

Początkowo po studiach zamieszkali w Lublinie. Wszystko wydawało się bajką i szykowali się do wyjazdu do Tunezji. Jednak okazało się, że Małgosia jest w ciąży.

- To była wielka radość, ale trwała krótko, bo po wizycie lekarskiej okazało się, że moje dziecko na 99 proc. będzie głęboko upośledzone, ponieważ z powodu wypadku jakiemu uległam, przyjmowałam bardzo silne leki przeciwbólowe, które uszkadzają płód. Zaproponowano mi aborcję. Nie zgodziłam się. Co dzień jeździłam do lubelskiej katedry prosić Matkę Bożą o zdrowie dla mojego maleństwa. Ku zdumieniu wszystkich, Ines urodziła się zdrowa. Uważam to za pierwszy cud w naszym życiu - mówi Małgosia.

Po porodzie miała na próbę, na trzy miesiące, wraz z córeczką dołączyć do męża w Tunezji. On pojechał wcześniej, by przygotować im miejsce.

- Z maleńkim dzieckiem wylądowałam w całkiem innym kraju. Nasze gniazdko okazało się maleńkim pokoikiem u teściów, gdzie mieszkali także czterej bracia męża i siostra. Nie przeszkadzało mi to jednak. Teść wręczył mi klucz od spiżarki pełnej owoców, których nawet nie potrafiłam nazwać i powiedział, że ja jestem gospodynią i to wszystko dla mnie. Każdy był mi przychylny i uśmiechał się do mnie. Po trzech miesiącach tej sielanki postanowiłam ubiegać się o stały pobyt w nowym kraju. Wiązało się to z załatwieniem różnych dokumentów i przywiezieniem mienia przesiedleńczego. To było ogromne wyzwanie w czasach komuny: kupić pralkę czy odkurzacz i inne rzeczy gospodarstwa domowego, a także wykupić specjalny kontener, który przewiezie to z Polski do Tunezji. Jakimś cudem załatwili to moi rodzice - mówi.

Kiedy to wszystko było już na miejscu i pobyt został prawnie uregulowany, stosunek męża i jego rodziny do Małgosi i Ines zaczął się zmieniać.

- Pierwszym zaskoczeniem była sytuacja związana z moją teściową, starszą kobietą chorą na cukrzycę, analfabetką bez żadnego wykształcenia. Kiedy teść się z nią pokłócił, wyrzucił ją z domu i kazał mieszkać w garażu. Nie dawał jej też jedzenia, a kobieta nie ma tam żadnych pieniędzy, by się utrzymać i wyżywić. Na mnie spoczął obowiązek gotowania dla całej rodziny, ale dostałam zakaz karmienia teściowej. Mimo tego, gdy wszyscy byli w pracy, chodziłam do garażu i zanosiłam jej posiłek. Musiałam ją jednak długo namawiać, by zechciała zjeść. Przyjęcie ode mnie czegokolwiek było złamaniem zakazu męża. Myślę, że było jej też smutno, że żadne z jej dzieci nie ujęło się za nią, tylko ja, obca kobieta z innego kraju - wspomina pani Małgosia.

Szybko zaczął się także zmieniać stosunek domowników do młodej Polki.

- Krzyczeli na mnie, rzucali talerzami z posiłkiem, zabraniali mi wychodzić z domu. Mąż nie chciał mi tłumaczyć, co mówią i nie chciał mnie uczyć arabskiego. Coraz częściej był też dla mnie nieprzyjemny. Postanowiłam sama nauczyć się języka. Kiedy byłam z teściową, pokazywałam na różne rzeczy i ona mówiła, co to jest, tak powoli zaczęłam rozumieć arabski, ale się nie przyznawałam. Wiedziałam przynajmniej, o czym rozmawiają - mówi.

Kiedy mąż zaczął ją bić i zmuszać, by żyła jak Arabka, czyli np. nie korzystała z pralki, ale w kucki na ulicy prała na tarze z innymi kobietami i traktowała mężczyzn w rodzinie jak swych panów, Małgosia była przerażona.

- Byłam bita za każde słowo wypowiedziane do dziecka po polsku i za każdy pacierz, jaki na klęcząco odmawiałam przed snem. Kiedy jednak mąż zaczął bić dwuletnie dziecko za to, że się żegna i mówi do mnie po polsku, wiedziałam, że nie mogę tu zostać. Nie pracowałam, więc nie miałam pieniędzy na bilet do Polski. Poza tym by wyjechać z dzieckiem, musiałam mieć pisemną zgodę męża, o czym nie było mowy. Mieszkając tam nawiązałam kontakty z innymi mieszanymi małżeństwami i ci ludzie postanowili mi pomóc. Wyjeżdżając do Tunezji dostałam od mamy całe złoto, jakie było w naszej rodzinie. Pierścionki, łańcuszki, obrączki. Nie chciałam wziąć, ale mama powiedziała, że to na czarną godzinę. Właśnie taka nadeszła - opowiada kobieta.

Znajomi za otrzymane złoto przekupili strażnika na lotnisku, który miał przepuścić kobietę z dzieckiem bez dokumentów.

- Miałam wyjść z Ines na targ, gdzie czekała taksówka, która miała zawieźć nas na lotnisko. Tak się stało. Wyszłam z domu z dzieckiem i koszykiem. Nic więcej nie miałam. Dojechałam na lotnisko w umówione miejsce i przechodziłam przez kontrolę, kiedy umówiony człowiek skinął głową i nagle wokół mnie pojawiła się policja. Wyrwano mi dziecko i usłyszałam, że pójdę siedzieć. Zemdlałam. Kiedy się ocknęłam, zadzwonili po mojego męża. Zabrano mi dokumenty i wprowadzono do systemu tunezyjskich służb granicznych informację, że jestem niebezpieczna i próbowałam porwać ich obywatela. Groziło za to 5 lat więzienia - opowiada.

Po tej nieudanej próbie ucieczki, mąż zabrał ją do domu i powiedział, że ma pół godziny, by podjąć decyzję - albo przechodzi na islam, albo ją deportują do Polski i nigdy nie zobaczy swego dziecka. - To było najstraszniejsze pół godziny w moim życiu. Nie wiedziałam, co mam zrobić. Zaczęłam się modlić. Kiedy mąż otworzył drzwi i zapytał jaka jest moja decyzja, powiedziałam, że nie mogę wyrzec się Jezusa. Wiedziałam, że życie i zdrowie mojej córki zawdzięczam Matce Bożej, nie mogłam się wyrzec wiary. Ku mojemu zdumieniu mąż nie zgłosił mnie do deportacji, ale zabrał z córką do oddalonej o 300 km od lotniska i jego rodzinnego domu wioski - wspomina.

Mieszkali tam sami i nikt nie patrzył mu na ręce.

- Byłyśmy nie tylko bite, ale i głodzone. Nie miałam żadnych pieniędzy na zakup żywności, czasami udało mi się sprzedać jakieś swoje ubranie przywiezione z Polski i to wystarczało na zakup mleka i bułki. Pamiętam, jak któregoś dnia, gdy głód był już tak wielki, że było mi słabo, mąż przyszedł do domu z pracy. Kupił popularne tam różowe rybki, usmażył je i zasiadł na środku pokoju by jeść. Ines miała 2 latka, zapach jedzenia był tak kuszący, że się nie powstrzymała i podeszła do taty, wyciągając rękę z prośbą o jedzenie. Została zbita i jeść nie dostała. Pomyślałam wtedy, że tak musi być w piekle i trzeba szukać ratunku za wszelką cenę - opowiada. Mogła wyjechać do Polski, ale sama, bez dziecka. Postanowiła wyjechać, by szukać pomocy w kraju. - Pomyślałam, że jak wyjadę na dwa tygodnie, to mąż się nią zajmie, nie będzie miał innego wyjścia, to przecież jego dziecko. Pojechałam, ale okazało się, że do Polski nie przyszło zaproszenie z Tunezji, które w czasach komuny było warunkiem wydania mi paszportu. Przez półtora miesiąca chodziłam codzienne do biura paszportowego prosić, bym mogła wrócić do córki. W końcu trafiłam na jakiegoś urzędnika, który ulitował się nade mną i dał mi paszport mówiąc, że jak będę miała kłopoty, to on powie, że paszport ukradłam - wspomina.

Jej przyjazd do Tunezji był zaskoczeniem. Bez zaproszenia nikt się jej nie spodziewał.

- Weszłam do domu teściów, gdzie akurat przebywał mąż z dzieckiem i zobaczyłam Ines siedzącą na podłodze w tym samym ubranku, w którym ją zostawiłam dwa miesiące wcześniej. Dziecko kleiło się od brudu i potu. Siedziało i kiwało się w przód i w tył. Miało pusty wzrok. Nie poznała mnie w pierwszej chwili. Dopiero kiedy zaczęłam do niej mówić, rzuciła mi się na szyję i nie chciała puścić. Nie odstępowała mnie na krok przez następne dni. Wróciłam do Tunezji z biletem powrotnym do Polski. Myślałam, że zastanę dziecko w dobrym stanie i zajął się nim ojciec, i mimo bólu jaki nosiłam, chciałam ją zostawić w Tunezji i z daleka walczyć o jej powrót do mnie. Jednak to, co zobaczyłam przeraziło mnie. Nie wiedziałam, co robić. Bałam się, że jak zostanę, to zwariuję albo zrobię coś strasznego i pójdę do więzienia, ale nie mogłam też zostawić mojego dziecka. Siedziałam w nocy nad jej łóżeczkiem i płakałam wołając „Boże ratuj!”. Wtedy zobaczyłam w pokoju Matkę Bożą. Może to moja wyobraźnia tak zadziałała, a może była to prawda. Nie wiem, ale poczułam ogromny spokój. Tej nocy podjęłam decyzję, że nie zostawię mojego dziecka. Rano odwołałam bilet na samolot i poszłam na policję poskarżyć się, że jesteśmy bite i głodzone. Męża wezwano na posterunek. Nie wiem, co mu powiedzieli, ale kiedy wszedł do domu porąbał wszystkie meble, które dzień wcześniej sobie kupił. Byłam pewna, że nas zabije. Kiedy furia opadła powiedział, że mogę jechać z Ines do Polski na dwa tygodnie, ale jak nie wrócę znajdzie mnie i zamorduje - opowiada.

Małgosia nie mogła uwierzyć w to, że może legalnie wyjechać z dzieckiem. Wiedziała, że tu nie wróci nawet, jeśli mąż miałby zrealizować swoje groźby.

- Na lotnisku sprawdzano nas wiele razy. Cofano do kontroli. Bałam się, że mąż wycofa zgodę. Cały czas się modliłam. Kiedy w końcu samolot wystartował, popłakałam się z wdzięczności. Wiedziałam, że już mnie nie zawrócą. Pierwsze kroki w Polsce skierowałam do Matki Bożej w lubelskiej katedrze, by jej podziękować. To był drugi cud w moim życiu, który zawdzięczam Matce Bożej - kończy swoje świadectwo.