Buddyjski mit

Dlaczego maty do jogi, poduszki do medytacji oraz koraliki modlitewne stały się typowymi elementami amerykańskiej duchowości?

Reklama

Większość z tego, co wiemy o życiu Buddy, istniała najpierw w postaci ustnej tradycji przekazywanej uczniom przez mistrzów. Dopiero czterysta lat po jego śmierci, w I wieku przed naszą erą, mnisi na Sri Lance po raz pierwszy spisali zebrane nauki Buddy na liściach palmowych.

Ten wczesny kanon zapisany w niemal zapomnianym obecnie języku palijskim jest ezoteryczny, ale to najlepszy obraz życia Buddy i jego czasów, jaki mamy. Opowieści te, uwiecznione przez mnichów w celu zjednoczenia buddyzmu, mówią nam co nieco o życiu Buddy, ale też o samych opowiadaczach. Później, gdy te teksty zaczęły kształtować polityczny i kulturalny krajobraz Azji, buddyzm niósł ze sobą wiedzę gromadzoną przez stulecia.

Każda epoka miała własną odmianę buddyzmu, każdy władca, uczony, cesarz i skryba dodawał do niego swoją perspektywę i interpretację starożytnej mądrości. Podobnie jest z buddyzmem współcześnie.

W pierwszych relacjach z Tybetu pisanych przez ludzi Zachodu pojawiały się przypuszczenia, że ceglaste szaty mnichów to pozostałość zaginionego odłamu chrześcijaństwa. W 1507 roku Martin Waldseemüller narysował mapę świata z chrześcijańskim krzyżem umieszczonym na Wyżynie Tybetańskiej. Było to jedno z pierwszych odniesień do mitycznego himalajskiego królestwa Shangri-La, jak mniemał Vespucci, siedziby Księdza Jana, chrześcijańskiego króla, rzekomo będącego potomkiem jednego z trzech królów, którzy witali Dzieciątko.

Kiedy w XIX wieku buddyzm dotarł do Ameryki, stało się to za pośrednictwem brytyjskich i rosyjskich kolonialistów, którzy przysyłali na Zachód osobliwe teksty i wizerunki bóstw unoszących się nad płatkami lotosu. W owym czasie Ameryka wciąż jeszcze nie podniosła się po kataklizmie, jakim była wojna secesyjna. Masakra na niespotykaną dotychczas skalę nadwątliła u wielu wiarę w Boga i zachwiała protestantyzmem. W całym kraju popularność zyskiwały nowe ruchy religijne. Szejkersi i mormoni założyli swoje ośrodki na północnym wschodzie i zachodzie. Ewangelikanie głosili nadejście apokalipsy. Popularność zyskiwały towarzystwa okultystyczne. Buddyzm i hinduizm były kolejnym dodatkiem do tego religijnego tygla.

Pierwsi amerykańscy buddyści, oddaleni od pierwotnego źródła tej religii, wypełniali luki w wiedzy założeniami chrześcijańskimi. Podobnie jak w przypadku wielu innych religii pojawiających się na gruncie nowej kultury skutkiem był miszmasz idei.

Teraz, w XXI wieku, gdy ta wymiana kulturowa ma już kilkaset lat, maty do jogi, poduszki do medytacji oraz koraliki modlitewne stały się typowymi elementami amerykańskiej duchowości. Swobodnie żonglując pojęciami, myślimy o nirwanie jako o niebie, a o bodhisattwach jako o rodzaju aniołów. W ten sposób łączymy dwie bardzo różne historie i tradycje religijne. To pomieszanie pojęć prowadzi do niebezpiecznych wniosków: buddyzm naucza, że nirwanę można osiągnąć w ciągu jednego życia, a niektórym ludziom wychowanym na ideach chrześcijańskich, z zapałem wchodzącym w świat idei buddyjskich, może się wydawać, że niebo da się odnaleźć już na ziemi. Żaden inny rejon Azji nie jest osnuty tak romantycznym mitem jak niegdyś zakazane królestwo Tybetu.

Na podatnym na krótkotrwałe mody Zachodzie, który z zazdrością spogląda na wszystko, co tybetańskie, ale zarazem niemal ignoruje prawdziwe praktyki duchowe Wyżyny Tybetańskiej, produkuje się filmy, tworzy ośrodki medytacji, organizuje charytatywne koncerty rockowe, wydaje bestsellery od trudnych tekstów filozoficznych po poradniki psychologiczne i zawierające wskazówki, jak „zbuddyzować” biznes.

Można odnieść wrażenie, że niemal każdy próbował kiedyś jakiejś praktyki duchowej wywodzącej się z Azji, albo w formie kursu jogi, albo medytacji, albo powtarzając sylabę om, by się uspokoić.

*

Powyższy artykuł jest fragmentem książki „Śmierć na Diamentowej Górze. Amerykańska droga do oświecenia”. Wydawnictwo Czarne, 2016 r. Tytuł tekstu pochodzi od redakcji.

«« | « | 1 | » | »»

Zobacz

  • Wojtek ROCKDAY
    07.08.2016 13:00
    ciekawy artykul. Bardzo prosze o wiecej :-)
  • raj
    05.09.2016 17:13
    Mam wrażenie, że tę książkę pisał ktoś, kto sam przenosi chrześcijański punkt widzenia na buddyzm i przede wszystkim nie zdaje sobie sprawy z jednej bardzo ważnej rzeczy: że w przeciwieństwie do chrześcijaństwa, judaizmu, islamu i chyba wszelkich innych religii swiata zachodniego, buddyzm NIE jest tzw. "religią księgi". Autentyczność takich czy innych pism, to kto je spisał, nie ma w buddyzmie ŻADNEGO znaczenia. Buddyzm nie opiera się na pismach, lecz na bezposrednim poznaniu podstawowej prawdy, którą każdy z nas ma "zaszytą" w sobie od zawsze - potrzebna jest tylko metoda, aby sie do niej "dobrać", i Budda taką metodę pokazał.

    Wbrew temu co pisze autor tego tekstu, wielu zarówno nauczycieli buddyjskich, jak i naukowców-buddologów jest zdania, że współczesny zachodni buddyzm jest w wielu aspektach znacznie bliższy pierwotnej nauce Buddy niż buddyzm w krajach azjatyckich (np. Sri Lance czy Tajwanie), gdzie nadmiernie przesiąkł naleciałościami kulturowo-religijnymi. Nie można raczej mówić o "oddaleniu od pierwotnego źródła tej religii", bo tym "pierwotnym źródłem" jest kontakt z oswieconymi mistrzami, którzy przekazują żywe nauczanie, a nie jakiekolwiek pisma. A tego kontaktu zachodniemu buddyzmowi nie brakuje, przecież większość zachodnich szkół buddyjskich powstawała wokół jakiegos uznanego nauczyciela, który przyjechał na Zachód i tam zaczął nauczać - to przecież nie jacyś "pierwsi amerykańscy buddysci" sami, bez nauczyciela, wykoncypowali sobie coś i zaczęli to praktykować. Buddyzm na Zachodzie zaczął sie dopiero wtedy, kiedy pojawili się tam nauczyciele i powstały wokół nich sanghi; to, ze wcześniej ktoś badał np. kulturę Indii czy Tybetu i podkładał pod nia jakieś swoje wyobrażenia, nie ma w tym kontekście żadnego znaczenia, ponieważ nie przeradzało sie to w zaden sposób w praktykę buddyzmu na Zachodzie.

    Oczywiście, tak na Wschodzie, jak i na Zachodzie mnóstwo jest błędnego rozumienia buddyzmu. Ponieważ z duchowosci zrobiono biznes, powstaje też wiele skomercjalizowanych szkół prymitywizujacych nauczanie Buddy i przedstawiajacych je w błędny sposób. Wiele na ten temat pisze m.in. Brad Warner w swoich ksiązkach, które myślę ze znacznie bardziej warto przeczytać niz tę, jako że napisał je wiarygodny nauczyciel buddyjski majacy przekaz z uznanej linii, i naprawdę przenikliwie dostrzegający jak sie sprawy mają (dlatego ma on sporo przeciwników wśród wszystkich, równiez wśród ludzi nazywających się buddystami ;))

    Dlatego nie mozna tu dać lepszej rady, jak to, co sam Budda powiedział swoim uczniom w słynnej mowie do Kalamów: aby "być światłem samemu dla siebie" i nikomu i w nic nie wierzyć na słowo, a po długotwałym sprawdzeniu przyjąc "to, co rzeczywiście przynosi pożytek tobie i innym".
    Jeżeli ktokolwiek opiera się na kimś/czyms z zewnątrz i twierdzi, że praktykuje buddyzm, to myli pojęcia. I może - niestety - czasami skończyć tak jak ta studentka, o której mowa w tej książce.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama