Maryja i Mokosz

Matka Jezusa i Matka pogańska, stojąc obok siebie, patrzyły na zamarły tłum. Zapanowała cisza, umilkł nawet wiatr i przestał padać deszcz. Jakby natura przyglądała się z ciekawością przybyciu nowego gościa.

Reklama

Św. Wojciech (Adalbert) spotyka słowiańskiego czarownika i toczy z nim rozmowę przy posągu Mokoszy - pogańskiej bogini m.in. płodności, wilgoci i tkactwa... Poniżej publikujemy fragment wydanej przez WAM powieści "Wiara i tron. Święty Wojciech i początki Polski" autorstwa Dominika W. Rettingera:

Zapadał już zmrok, kiedy czółna zbliżyły się do rozwidlenia jeziora, z wysuniętym na południe cyplem. Na wzgórzu rosły potężne dęby, pod nimi rozciągała się polana z niskimi zabudowaniami. Liczni mężczyźni, kobiety i dzieci wylegli z chat, z ciekawością patrząc na zbliżające się czółna. Po dobiciu do brzegu przywódca wskazał Adalbertowi szczyt wzniesienia. Otoczeni kilkoma wojownikami ruszyli w tamtą stronę.

Pod dębami ustawiony był kamienny posąg przedstawiający kobietę z ogromnymi piersiami i szerokimi biodrami. Jej twarz pomalowana była na czarno, czerwone oczy patrzyły groźnie w przestrzeń. Przed stopami posągu stała misa wypełniona ciemnym płynem. Na płaskim kamieniu obok widać było zaschniętą krew i rowki, które prowadziły do ofiarnego ognia.

Przy nogach posągu siedział w kucki stary mężczyzna ubrany w pomalowaną kolorowo skórę jelenia, z głową rysia przykrywającą nagą czaszkę. Miał wyblakłe oczy, jego twarz przecinały głębokie bruzdy zmarszczek. Przy nim leżała krótka maczuga z kamiennym ostrzem, przyozdobiona piórami orła. Sękatym palcem rysował coś na piasku, kiwał się powoli w takt cichych zaklęć. Przywódca i wojownicy doprowadzili do niego Adalberta i stanęli w półokręgu. Z napięciem czekali na spełnienie ofiary.

Czarownik wymruczał ostatnie zaklęcie, podniósł maczugę, ostrym końcem zakreślił półokrąg, który miał chronić przed mocą obcego. Potem podniósł się nieśpiesznie, z maczugą w ręku podszedł do Adalberta. Zajrzał mu w oczy, dotknął twarzy, pogłaskał palcami zniszczony materiał habitu na ramieniu. Zbliżył się jeszcze bardziej i wciągnął do nozdrzy jego woń. Wreszcie odwrócił się i zapytał, patrząc na posąg kobiety.

- Powiedz, po co tu jesteś?

- Buduję klasztor- odpowiedział Adalbert. - Dom Boży.

- Bogowie nie potrzebują domów.

- Masz rację. Ale ludzie pragną miejsca do spotkania z Bogiem.

- Dostają je w każdej chwili życia, wszędzie – mruknął czarownik. - I po śmierci.

Adalbert kiwnął głową na znak, że się zgadza.

- Jakie imię nosi twoja bogini? - zapytał, patrząc na posąg.

- Wielka Matka. Ta, Która Rodzi, Opiekunka. Mokosz. Od dawna nie piła ludzkiej krwi.

- Ja również mam matkę. Nazywa się Maryja. Urodziła mojego Boga, Jezusa.

Czarownik skrzywił się z niechęcią. Setki bruzd na skórze jego twarzy sprawiały, że wyglądała ona jak kora starego drzewa.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama