Wciąż czekam na Hassana

Szejk podkreśla, że w potrzebie nie ma względu na narodowości ani podziałów na „my” i „oni”. – Pomagamy wszystkim. Kto kocha ludzi, tego kocha Bóg. Choć zawsze będą tacy, którzy okopią się w swoich poglądach – mówi.

Szejk Muhammad Awad Merheb przewodzi wspólnocie sunnickiej w Bire w północnym dystrykcie Akkar, przy granicy z Syrią. Klan Merhebów przybył tu z okolic Aleppo pod koniec XVIII wieku. Wsparł Osmanów walczących z panującym na tych ziemiach klanem Hamadii. Dziś potomek Merhebów walczy o poprawę jakości życia lokalnej społeczności. I pomaga syryjskim uchodźcom, którzy w Bire i okolicach znaleźli schronienie przed traumą wyniesioną ze swego kraju.

Twarze, imiona

Mouna w tym garażu mieszka od 4 lat. Jej czynsz za betonową wylewkę i blaszane drzwi wynosi 100 dolarów. Co czuje? ­Kogo wini za los, który ją spotkał? – Nikogo – odpowiada. – Wola Boża? – Nie. To przeznaczenie. Nie mogę go cofnąć.

Miała męża. Mieszkali w Homs. – Żyliśmy szczęśliwie…

Pytana o wojnę odpowiada: „Strach”. Była sama, gdy samoloty reżimu zbombardowały ich dom. Uciekli do Libanu. – Mąż był chory, krwawił, umarł…

Teraz Mouna nie ma prawie nic. Kilka kwiatów w butelkach na ścianie. I chorą siostrę na utrzymaniu. Bonów na żywność już nie otrzymuje. Żyje z dnia na dzień. Każdego dnia ziemniaki z jogurtem, pomidory, ogórki. – Mięsa nie jadłam od dawna…

Ale Mouna mówi, że jest dobrze. Bo przecież bezpiecznie. I ludzie dokoła życzliwi. Do Syrii boi się wracać. Wie o pewnej rodzinie. Spróbowali przekroczyć granicę. Zabili ich przed tygodniem. – Kto? Nie wiem…

Ibtissam jest w Bire od 7 lat. Po nalotach pół roku przemieszkała w piwnicy. Ma rany na nogach i astmę. Nabawiła się ich w tamtych dniach. Mąż był kierowcą ciężarówki. Jeździł do Arabii, Iraku. W Libanie porzucił żonę. Brata aresztowali na syryjskim check poincie. – Zamykają wszystkich, którzy wracają do Syrii. Bez powodu – Ibtissam nie ma już marzeń. Cierpi na depresję. Boi się. Bierze leki uspokajające. Często płacze. Tęskni za matką, braćmi i zniszczonym domem. Pyta siebie i Boga o powód tej wojny. Nie znajduje odpowiedzi. Kiedyś miała choć piec do ogrzania garażu. Ale mąż zabrał. – Mam wiele koców – mówi – przed zimą…

Jest też Sausan. Wynajmuje pokój z kuchnią. Piec jest, na środku. Na ścianie krzywo zawieszony obrazek. Na podłodze stary dywan i mata. W kuchni zapach gotowanej fasoli w sosie pomidorowym. – To dla dzieci…

Ma ich czworo. 11-letnią Fatimę, 7-letniego Jasine i jeszcze dwóch nastolatków. Oraz siostrę Yemen. Bez nerki, z niepełnosprawnością umysłową. – Jest dla mnie jak piąte dziecko.

Mąż Hassan zaginął w Syrii. Wojsko go aresztowało. Ją też przesłuchiwali, gdy pojawiła się w kraju. „Czego szukasz?” – pytali. Dziś boi się o synów. – Chcę, aby dzieci pozostały ze mną… – mówi. Na policzku pojawia się łza.

Pracuje na farmie. Pieniędzy nie wystarcza. – 300 dolarów na żywność, 10 za wodę, 20 za elektryczność, 130 – czynsz, 30 – leki dla siostry… – wylicza. Nie traci nadziei, że odnajdzie męża. Choć to już 7 lat. Wciąż czeka. – Wierzę, że Hassan do nas wróci – to żywe wspomnienie. – Wierzę, że wróci…

Fatima i Jasine przynoszą szkolne książki. Umieją już wiersz po francusku.

W potrzasku

– Przed każdą zimą ruszamy z projektami pomocy. W tym roku zajmujemy się m.in. naprawą namiotów w obozach dla uchodźców w Akkar i Arsalu, czyli zakupem plastikowych płacht i drewnianych konstrukcji – mówi Dariusz Zalewski z Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej. Organizacja pomaga uchodźcom od początku syryjskiego konfliktu. – Jest mieścina Al Qaa w dolinie Bekaa, w całości kontrolowanej przez Hezbollah. Tam jakiś czas temu dostarczyliśmy ambulans. Wcześniejszy wyleciał w powietrze razem z zamachowcami.

W Akkar w czasie eskalacji konfliktu pojawiali się ludzie wpierający front Al-Nusra, odłam Al-Kaidy. Dziś rejon jest dość dobrze zlustrowany pod względem bezpieczeństwa. Arsal na wschodzie w 2014 r. starało się opanować Daesh (Państwo Islamskie). Zostali wyparci przez wojsko. – Arsal to niecka w górach zamieszkana przez sunnitów – mówi Zalewski.

Uchodźcy to w większości sunnici. Ci w Akkar to przede wszystkim rolnicy, uciekinierzy z syryjskiego Homs. – Stracili nadzieję na powrót. Są jak w potrzasku. Boją się restrykcji ze strony reżimu i bezprawia – zauważa szejk Merheb. Jeszcze przed kryzysem syryjskim założył w Bire organizację, aby być – jak mówi – pośrednikiem pomiędzy tymi, którzy mają, a tymi, którzy potrzebują. Gdy zaczęli napływać uchodźcy, rozpoczęto zbiórki ubrań, żywności. Pod koniec 2012 r. pojawiło się PCPM z projektem pomocy długofalowej.

– Najbardziej potrzebne było znalezienie mieszkań dla uchodźców przy jednoczesnej pomocy lokalnej społeczności. Tak powstał projekt Cash for Rent – mówi Zalewski.

Jest wyższy cel

Autorski projekt PCPM polega na czasowym opłacaniu czynszów uchodźcom.– Założeniem jest pomoc na początku, aby ludzie mogli znaleźć pracę i zacząć żyć samodzielnie. Nie chcemy uzależniać ich od tej formy wsparcia – podkreśla Zalewski.

Cash for Rent był pierwszym wspólnym projektem. Kolejne objęły pomoc medyczną i wsparcie dla centrum edukacyjnego. W tym semestrze PCPM prowadzi klasy: elektryki, obsługi komputera, asystenta farmaceuty i asystenta pielęgniarki. Jest też mobilna klinika, jeżdżąca do dzikich obozowisk, oraz projekt Cash for Work. To możliwość pracy przy wykopaliskach archeologicznych, prowadzonych przez polskich naukowców i przy budowie dróg. W ostatnim czasie uchodźcy i Libańczycy pracowali przy drodze łączącej dwie części górskiej wioski Kherbet Dawood.

Szejk Muhammad jest przekonany co do integracji lokalnej ludności i uchodźców. W tej misji wspiera go żona. – Dążymy do wyższego celu. Warto poświęcić się dla innych. Kto kocha ludzi, tego kocha Bóg – mówi. Przyznaje, że działania islamistów ISIS zaciążyły na jego społeczności. – Ludzie się bali. Imamowie widzieli szerszy problem, czyli zniekształcenie islamu przez ISIS. Trzeba uświadamiać młodych – opowiada.

Szejk zorganizował kilka spotkań przywódców religijnych Akkar, muzułmanów i chrześcijan. Znak protestu wobec zbrodni Państwa Islamkiego. – To, co robiło Daesh przez te lata, to nie to, co my robimy od kilkuset lat, żyjąc obok siebie – dodaje.

To ze strachu

– Tworzymy jedną wspólnotę. Czy społeczeństwo ma problem z uchodźcami? Nie sądzę. – Farah jest sunnitką o niezależnych poglądach. Pracuje dla PCPM. Spotyka się z rodzinami objętymi programem pomocy. Nie ukrywa, że te wizyty są dla niej trudne. – Źle się z tym czuję. Ta kobieta z dziećmi, bez szans na pracę… – zamyśla się, kiedy opuszczamy mieszkanie Fozy, kolejnej z syryjskich kobiet, jakich w Bire wiele. Foza ma rękę zainfekowaną po ataku chemicznym. Jej ­siostra cztery dni wcześniej urodziła. Dziecko owinięte w koce leży na materacu. Matka Fozy, 73-letnia Saniya cierpiąca na demencję, raz po raz prosi o wodę.

Tego dnia odwiedzamy jeszcze 25-letnią Hanan. Ma trójkę dzieci i kolejne w drodze. Za przemyt do Libanu zapłacili 700 dolarów. 11 osób jechało w zamkniętym busie bez okien. Żadnych walizek, kilka ubrań na sobie. – Było trudno. Bez powietrza tyle godzin. Dzieci nie miały czym oddychać – opowiada. Jest pełna emocji. Najmłodszy synek miał wtedy 3 lata. Dziś ma rany na skórze głowy. Traci włosy. – To ze strachu ma te problemy ze zdrowiem. Zawsze się boi. Dzieci tęsknią za domem.

A Hanan się boi, że coś stanie się dzieciom. I boi się Syrii.

Dzikie pola

Według danych UNHCR z listopada 2017 r., na terenie Libanu zarejestrowanych było 997 905 uchodźców z Syrii. W samym Akkar 105 468 osób. Liczba gospodarstw domowych (rodzin) wynosiła 26 150.

Odwiedzamy obozowiska. Mniejsze – Noura składa się z ok. 10 namiotów. Większe – Gzayle, na polu najmowanym od właściciela plantacji warzyw, zamieszkuje ok. 150 osób.

Liderka wspólnoty, 46-letnia Sultana, mówi, że właściciel to dobry człowiek. Daje ludziom pracę. W ciągu 6 lat w Gzayle mieli nawet 16 ślubów. Roczny koszt najmu gruntu przez całą społeczność to 1600 dolarów.

– Prowadzimy w obozach szkolenia przeciwpożarowe. Pożary są zwłaszcza w okresie zimowym – mówi Agnieszka Nosowska, czuwająca nad całością projektu w Akkar. W tym roku ponad 20 namiotów spłonęło w wyniku lokalnych napięć.

W jednym z obozów mieszka 1,5-roczny Fares. Chłopiec ma porażenie mózgowe i padaczkę. Cierpi na problemy z oddychaniem. 8 listopada rodzina otrzymała wsparcie ze zbiórki przeprowadzonej przez PCPM. Ojciec i matka płaczą wzruszeni. A babcia wznosi oczy i ręce ku górze i dziękuje Bogu za pomoc i dobrych ludzi. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.