Maryja i Mokosz

Matka Jezusa i Matka pogańska, stojąc obok siebie, patrzyły na zamarły tłum. Zapanowała cisza, umilkł nawet wiatr i przestał padać deszcz. Jakby natura przyglądała się z ciekawością przybyciu nowego gościa.

- Niektórzy wierzą, że drogą Kościoła jest siła i przemoc - powiedział powoli ze smutkiem. - Kiedyś zrozumiemy, że zbliżamy się do Stwórcy tylko wówczas, gdy jesteśmy słabi i nic nie wiemy. Jezus mówi ustami apostoła: „Każdy, kto się gniewa na brata swojego, podlega sądowi. Kto by mu rzekł «Bezbożniku», podlega karze piekła ognistego”. Wszyscy jesteśmy braćmi.

Czarownik zastanowił się chwilę nad jego słowami.

- Jesteś mądrym człowiekiem. Albo przebiegłym. Muszę zapytać Mokoszę. A ty masz ją prosić o zgodę.

Podnieśli się obaj. Czarownik chwycił rękę Adalberta i poprowadził go przed posąg. Wielka, kamienna kobieta patrzyła na nich czerwonymi oczami. Grubo ciosana, czarna twarz obiecywała zapomnienie w lepszym świecie bogów i przodków. Rozległ się dudniący, głęboki głos bębna. Dookoła polany zapłonęły ogniska.

Czarownik wyjął spod kamienia brązowy pucharek, zanurzył go w misie i nabrał ciemnego płynu. Wypiwszy kilka łyków, podał pucharek przywódcy, a potem przekazał starszym wojownikom. Kobiece głosy podjęły wysoki, żałosny zaśpiew. Kiedy misa wróciła pusta, czarownik sypnął do ognia ciemny proszek. Płomienie skoczyły wyżej, z paleniska uniósł się biały dym, spowił kamienną kobietę.

Adalbert patrzył uważnie, jak mąci się wzrok tych, którzy napili się płynu. Postacie ludzi chwiały się i rozpływały w dymie niczym porywane przez wiatr. Jak zaczarowani patrzyli na Mokoszę, która wyłaniała się z dymu, pochylała nad nimi, wyciągała ramię, chwytała ich kamienną dłonią. Wyniesieni w ręku bogini nad szczyty drzew, patrzyli z zachwytem na okrąg Ziemi, wypełniony umarłymi i żywymi, przeszłymi i przyszłymi istnieniami.

* * *

Następnego wieczoru po Mszy w intencji powodzenia wyprawy z przystani obok eremu odbiła niewielka tratwa. Holowali ją wioślarze w dwóch czółnach. Trzecim czółnem płynęli Adalbert, Radzim i Stephanus. Na tratwie stała wysoka figura Matki Boskiej z Dzieciątkiem. Dwaj cieśle rzeźbili ją pośpiesznie przez cały dzień z pnia lipy, Filip pomalował szaty na niebiesko, a korony na złoto. Matka i Syn mieli białe twarze i niebieskie, dobrotliwie patrzące oczy.

W połowie jeziora otoczyły ich czółna ludzi z puszczy. Zagrały bębny i piszczałki. Zbliżywszy się do tratwy, wojownicy zaczęli pokrzykiwać w stronę figury, wykrzywiając przy tym twarze w okropnych grymasach. Próbowali przestraszyć obcą Matkę, której się obawiali, sprawdzali swoją odwagę.

Płynęli wolno, zmagając się z północnym wiatrem i zacinającym deszczem. W południe dotarli do osady na cyplu. Adalbert i Radzim z pomocą swoich wioślarzy dźwignęli figurę, ponieśli ją na wzniesienie. Towarzyszyli im wszyscy mieszkańcy osady, w wielkim gwarze i podnieceniu pokazując rękami na twarze bogini i dziecka, które były tak podobne do ludzkich. Matka Boska, kołysząc się wolno na ramionach niosących, zdawała się odpowiadać widzom łagodnymi uśmiechami. Uniesiona dłoń Dzieciątka błogosławiła zaciekawionym i wylęknionym ludziom.

Przy posągu Mokoszy czekał czarownik w otoczeniu starszyzny. Miał na sobie długi płaszcz z piór, w dłoni trzymał laskę z głową groźnego Swarożyca. Jego oczy były przymknięte, aby nie poraził ich gniew bogów. Płomienie na palenisku u stóp bogini strzelały wysoko, przysłaniając kamienne podbrzusze, które na wiosnę zapładniał Swarożyc, dając ludziom nadzieję na obfity rok.

Biały dym spowił przybywającą Matkę i Syna, złagodził ich moc. Kiedy się rozwiał, Matka Jezusa i Matka pogańska, stojąc obok siebie, patrzyły na zamarły tłum. Zapanowała cisza, umilkł nawet wiatr i przestał padać deszcz. Jakby natura przyglądała się z ciekawością przybyciu nowego gościa.

*

Tytuł tekstu pochodzi od redakcji.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Reklama

Reklama