Siedem lat w Tybecie

Sens buddyzmu i mistyka gór.

Reklama

Jean-Jacques Annaud – reżyser m.in. słynnego „Imienia Róży” – nakręcił „Siedem lat w Tybecie” w 1997 roku. Trochę czasu od jego kinowej premiery więc już upłynęło. A jednak, do dzisiejszego dnia film ten cieszy się sporą popularnością, zaś w niektórych kręgach uchodzi niemalże za kultowy.

Pewnie spora w tym zasługa Brada Pitta, kapitalnie wcielającego się w Heinricha Harrera – członka nazistowskiej wyprawy na Nanga Parbat, który po wielu perypetiach (m.in. internowania, ucieczki z obozów) dotarł do Lhasy, gdzie stał się nauczycielem, a z czasem nawet przyjacielem młodego Dalajlamy.

Sporo w tym filmie faktów z biografii Harrera (Annaud nakręcił go na postawie książki zbierającej tybetańskie wspomnienia himalaisty), ale przecież obraz ten znakomicie przybliża widzom religię buddyjską. I to z perspektywy człowieka Zachodu.

Początkowo – podobnie jak bohater filmu – niewiele rozumiemy z tego wszystkiego. Barwne ceremonie, egzotyczne rytuały, niekończące się procesje mnichów… - uczta dla oka, ale o co w tym wszystkim chodzi? Jaki jest tego sens? Dopiero po czasie pojawią się wyjaśnienia i bardzo ciekawe interpretacje tego, co jest nam dane oglądać.

Przykładowo: widzimy na ekranie niszczejące (topiące się) figurki. Okazuje się, że są to podobizny bogów wykonane… z masła. Dlaczego akurat z szybko psującego się i topiącego się na słońcu masła? Ano dlatego, by przypominać buddystom, że nic nie jest wieczne.

Gdy do Tybetu brutalnie wkroczą Chińczycy, usłyszymy, że dla buddyjskiego mnicha wróg to najlepszy nauczyciel, bo tylko on jest w stanie nauczyć nas cierpliwości i współczucia.

Kiedy do bram świętego miasta Lhasa przybędą niezliczone tłumy pielgrzymów, dowiemy się, że w Tybecie ludzie wierzą, iż to w czasie pielgrzymki ich dusze oczyszczają się ze złych uczynków…

Takie przykłady można mnożyć. „Siedem lat w Tybecie” znakomicie ukazuje nam buddyjską mentalność, czy też filozofię, a Jean-Jacques Annaud osiągnął to, czego nie potrafił Martin Scorsese w „Kundunie”. „Do istoty buddyzmu (...) nie docieramy. Pozostaje ona nieodgadniona…” – pisał Mateusz Hofman o wizualnie zachwycającym, ale niewiele nam mówiącym o sensie buddyzmu „Kundunie”.  

U Annauda ów sens udało się uchwycić. Podobnie jak i ukazać i opowiedzieć o tzw. mistyce gór. Często o niej słyszymy, podczas górskich wędrówek sami jej doświadczamy, ale czy jesteśmy w stanie ją pojąć? Zdefiniować? Granemu przez Brada Pitta bohaterowi i to się udaje. – Całkowita prostota (…) Umysł jest czysty, wolny od wszystkiego, skupiony. Nagle światło staje się ostrzejsze, dźwięki bogatsze, a ciebie przepełnia potężne uczucie, że żyjesz...

Mówi o swoich odczuciach ze wspinaczki, które do złudzenia przypominają to, czego doświadcza człowiek oddający się medytacji. Nie tylko buddyjskiej. Także chrześcijańskiej.

«« | « | 1 | » | »»

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama