Krótki wykład z historii alawitów

Są inni. Naprawdę inni.

Reklama

...wyjechałyśmy do Latakii, położonej w samym sercu alawickiej części Syrii. Chciałyśmy zwiedzić mauzoleum Hafiza al-Asada, ojca Baszara i prezydenta Syrii w latach 1971−2000. Przedostawszy się przez kolejne posterunki kontrolne, dojechałyśmy do miasteczka Kardaha, gdzie mieściło się jego mauzoleum. Na każdym kroku witały nas kamienne lwy − po arabsku asad znaczy „lew”. Nazwisko to przybrał dziad Baszara.

Nagle Mariam poczuła się niepewnie w swoim białym hidżabie.

– Znajdujemy się na ziemi alawitów – wyjaśniła, kiedy zatrzymałyśmy się pod kawiarnią z widokiem na otaczające Latakię surowe góry. Wzięła do ręki swoją puszkę pepsi. – Czuję się nieswojo.

– Przecież jesteś Syryjką. Twoja rodzina niedaleko stąd ma dom.

– Tutaj nie czuję się Syryjką – stwierdziła. – To terytorium alawitów.

Mariam, która nigdy wcześniej nie opowiadała mi o podziałach na tle wyznaniowym, zrobiła mi krótki wykład z historii alawitów.

– Są inni. Naprawdę inni.

Alawici to wywodzące się z szyizmu ugrupowanie religijne, a jego przedstawiciele stanowią dwanaście procent populacji Syrii. Doktryna alawitów odbiega od głównego nurtu islamu, dlatego w przeszłości grupa ta była prześladowana przez panujących w regionie władców sunnickich. W okresie międzywojennym za rządów francuskich z terenu dzisiejszej Latakii wykrojono państewko alawitów, które w zamyśle miało chronić tę grupę wyznaniową przed prześladowaniami. W oczach Francuzów alawici i druzowie uchodzili za jedyne „wojownicze rasy” na ich terytorium mandatowym, z tego też względu alawici na dużą skalę dostarczali rekruta oddziałom francuskim i do dziś stanowią trzon syryjskiej armii (dzięki której Hafiz al-Asad doszedł do władzy). Mimo znaczącej pozycji alawitów w siłach zbrojnych wielu przedstawicieli tej mniejszości wyznaniowej pracowało dla sunnickich właścicieli ziemskich w charakterze robotników rolnych, co podsycało animozje między tymi grupami.

Kiedy podszedł do nas kelner, by przyjąć zamówienie, Mariam dała mi znak, żebym nic nie mówiła (...).

W pretensjonalnym mauzoleum rodziny Asadów strażnicy, młodzi mężczyźni w dobrze skrojonych, acz ponurych niebieskich mundurach, potraktowali nas z życzliwością. Wizyta cudzoziemki była dla nich zaskoczeniem. Poczęstowawszy mnie herbatą, zaprowadzili mnie do wnętrza zielonych, licowanych marmurem grobowców, w których spoczywał Hafiz al-Asad i jego synowie, i zaczęli hasłowo przybliżać jego życiorys – że był pierwszym alawitą, który podjął wyższe studia, że zanim Syria uzyskała niepodległość, alawici żyli pod jarzmem francuskim. Kiedy tak opowiadali, dolewając herbaty, spojrzałam na pusty kąt mauzoleum, zastawiając się, czy urzędujący prezydent także niebawem znajdzie tu swoje miejsce. W powietrzu unosiła się duszna woń kadzidła i róż.

– Możliwe, że oglądamy to po raz ostatni – powiedziała Mariam, kiedy opuszczając to miejsce, mijałyśmy kolejnego lwa. – Jeśli reżim upadnie, opozycja zrówna to miejsce z ziemią.

Odwróciłam się, żeby utrwalić sobie w pamięci ten obrazek, tak jak pstryka się zdjęcie polaroidem. To samo robiłam w Iraku w ostatnich dniach reżimu Saddama Husajna...

*

Powyższy tekst jest fragmentem książki "Tamtego ranka, kiedy po nas przyszli". Autorka: Janine di Giovanni. Wydawnictwo: Czarne, 2017 r.

«« | « | 1 | » | »»

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama