Stany wyznaniowe Ameryki

Czy wolność wyznania oznacza również wolność angażowania się w politykę przez związki wyznaniowe? W Stanach Zjednoczonych dotąd było to… finansowo ryzykowne. Donald Trump chce zmienić prawo w tym zakresie. Czy odtąd liderzy religijni w USA będą mogli legalnie „wtrącać się” do polityki?

Reklama

Ameryka bez religii nie byłaby sobą. Także amerykańska polityka, mimo wyraźnego rozdziału państwa i Kościoła, znajduje się pod dużym wpływem związków wyznaniowych – zarówno na poziomie najbardziej lokalnym, jak i stanowym oraz federalnym.

Szantaż podatkowy

Ten wpływ przez ponad 60 lat miał jedno ograniczenie: zakaz otwartego wspierania i finansowania przez związki wyznaniowe osób kandydujących na jakiekolwiek urzędy publiczne. Zakaz nie był bezwzględny. Kościoły mogły przekazać środki pieniężne na kampanie wyborcze kandydatów, ale wtedy musiały się liczyć z utratą ulg podatkowych. Te zaś są dla związków wyznaniowych w USA na tyle korzystne, że pozbawienie się tych przywilejów dla wielu Kościołów mogło oznaczać poważne załamanie finansów, a w przypadku organizacji, które zawiązują „religię” tylko w celach zarobkowych (bo to też część mozaiki amerykańskiej), groziło zwyczajnym bankructwem. To wszystko za sprawą senatora Lyndona B. Johnsona (późniejszego prezydenta), który w 1954 roku przeforsował odpowiednią poprawkę… głównie w ramach rewanżu za sabotaż ze strony pewnych grup o charakterze charytatywno-religijnym. Poprawka nie tyle zakazywała Kościołom i innym związkom wyznaniowym wyrażania poglądów politycznych, ile właśnie oficjalnego popierania i finansowego wsparcia polityków. W praktyce przypadki egzekwowania tych przepisów, tzn. pozbawiania konkretnych Kościołów przywilejów podatkowych, nie były znowu tak częste. Jednak teoretycznie wszyscy wiedzieli, że taki bat jest potencjalnie możliwy do użycia przez władzę.

Dodajmy w tym miejscu, że tak jak L.B. Johnson miał swój interes, by słynną poprawkę w Senacie przeforsować, tak i D. Trump, dekretując wstrzymanie jej stosowania (bo samą jej zmianę może przegłosować tylko Senat), również nie działa bezinteresownie: chce w ten sposób umocnić swój elektorat po stronie tzw. prawicy religijnej, zdominowanej głównie przez różne wspólnoty protestantów ewangelikalnych. Działania prezydenta popiera jednak również Kościół katolicki w USA. Czy to narusza zdrową zasadę, że Kościół oficjalnie nie staje po stronie żadnego ugrupowania politycznego?

Wola Kościoła, nie nakaz

Sprawa ma kilka poziomów i tyle samo możliwych pól nieporozumienia. Po pierwsze – pamiętajmy, że temat dotyczy jednak kraju, który pod względem mozaiki wyznaniowej należy do zupełnie innej niż europejska galaktyki. W Europie nie tylko można, ale nawet wypada być co najmniej wstrzemięźliwym, jeśli nie otwarcie wrogim wobec religijnych motywacji w polityce. W Stanach Zjednoczonych jest dokładnie odwrotnie – polityk deklarujący się jako ateista nie ma szans zostać prezydentem, natomiast podkreślanie swojej religijności (niezależnie od stanu faktycznego) należy do pewnego fundamentu politycznego savoir-vivre’u (a czasami jest zwyczajnie autentyczne). Po drugie – zniesienie państwowego zakazu angażowania się Kościołów w politykę wcale nie znosi tego zakazu, który poszczególne związki wyznaniowe same sobie narzuciły. Inaczej mówiąc, z faktu, że amerykańskie urzędy skarbowe nie będą odtąd karały Kościołów utratą ulg podatkowych, jeśli te zaangażują nie tylko opinie, ale i swoje pieniądze na rzecz poszczególnych polityków, nie wynika, że w każdym z tych Kościołów jest to dopuszczalne. Jeśli jednak większość związków wyznaniowych, w tym Kościół katolicki w USA, popiera zmianę dokonaną przez Trumpa, to przede wszystkim z jednego powodu: tylko dobra wola danej wspólnoty wyznaniowej, a nie zakaz państwowy, może ograniczyć lub całkowicie powstrzymać dany Kościół przed angażowaniem się w politykę. Krótko mówiąc: jeśli Kościół katolicki stoi na stanowisku, że wiązanie się z jedną opcją polityczną, utożsamianie jej programu z nauczaniem Kościoła, grozi podziałem wśród wiernych i jest sprzeczne z misyjnym duchem głoszenia Ewangelii, to jest to wynik jego własnej wewnętrznej refleksji, jego mądrość i jego prawo, by tak nauczać, a nie wynik narzuconego przez państwo nakazu. W tym sensie dekret prezydenta Trumpa, który nakazuje urzędom podatkowym rezygnację z karania Kościołów za ich zaangażowanie polityczne, jest przywróceniem bardzo amerykańskiej zasady wolności słowa – niezależnie od tego, kto tę wolność realizuje. Decyzja prezydenta oznacza zatrzymanie swoistego szantażu finansowego, który dotąd był narzędziem do powstrzymywania i tak silnych wpływów Kościołów na politykę amerykańską (zwłaszcza na republikanów). To „wyrównanie rachunku” i przywrócenie pewnej sprawiedliwości konstytucyjnej wcale jednak nie oznacza, że sprawa jest zupełnie bezproblemowa z puntu widzenia wiarygodności samych Kościołów. Nie jest też pozbawiona pułapek dla samego Trumpa.

Pecunia non olet

Parę miesięcy temu na jednej z platform filmowych trafiłem na nowy amerykański serial „Greenleaf”. Tytuł pochodzi od nazwy rodu pastorów i pastorek, którzy zarządzają tzw. megakościołem pod nazwą Kalwaria. Dynastia i sam megakościół są wymyślone na potrzeby scenariusza, ale wszelkie podobieństwa do realnie działających podobnych megakościołów nie są bynajmniej przypadkowe. Serial, wbrew pozorom, nie jest antychrześcijański: nie podważa sensu wiary, nie stara się też przedstawić całego chrześcijaństwa przez pryzmat wypaczeń tego jednego, wymyślonego, ale modelowego dla pewnego nurtu w protestantyzmie Kościoła. Zwraca za to uwagę na dwie rzeczy: na niezwykły wpływ podobnych wspólnot religijnych, zwłaszcza na południu USA, na społeczność lokalną, oraz na pewne nadużycia finansowe i moralne, jakie mają miejsce w pewnych organizacjach, które bardziej przypominają sekty i przedsiębiorstwa niż wspólnoty wiary. Niestety, działa to na szkodę tych wspólnot ewangelikalnych, które są całkowicie przejrzyste, jeśli chodzi o intencje i cele, dla jakich funkcjonują. Jeśli jednak wspominam o tym serialu i o tzw. megakościołach (liczących czasami po parę lub paręnaście tysięcy wiernych) przy okazji dekretu Trumpa, to dlatego, że aspekt finansowy i stan posiadania tych wspólnot nie jest obojętny dla decyzji prezydenta. Krótko mówiąc: pieniądze, jakimi dysponują związki wyznaniowe w USA, a zwłaszcza te, które tylko dla robienia pieniędzy, na bazie ulg podatkowych i pod przykrywką religii, powstały, to zbyt atrakcyjne dla polityków źródło zastrzyku finansowego dla ich kampanii i działalności, by z niego nie skorzystać.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wybrane dla Ciebie

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama