W imię religii...

"Tak jak nie potrafiłam opuścić Iranu, tak samo nie porzuciłam islamu".

Reklama

Historia Iranu jest zarazem historią mojego życia. Czasem zastanawiam się, skąd właściwie u mnie to przywiązanie do kraju. Dlaczego linia wzgórz Elburs widocznych z Teheranu budzi we mnie tę samą czułość co miękka linia policzka córki? Dlaczego poczucie obowiązku w stosunku do rodaków bierze górę nad wszystkim? Pamiętam, jak w latach osiemdziesiątych – w czasie wojny z Irakiem, kiedy z nieba spadał grad bomb, a policja moralna nowego jeszcze rządu islamskiego organizowała pierwsze patrole – u wielu moich przyjaciół i krewnych zniechęcenie wzięło górę i opuszczali kraj. Choć nie oceniałam ich decyzji, nie rozumiałam jej. Czyż można opuścić miasto, w którym przyszły na świat twoje dzieci? Czyż można porzucić ogród, w którym co roku sadziło się drzewa, nie czekając aż urodzą pierwsze granaty, orzechy i wonne jabłka?

Mnie nie mieściło się to w głowie. Kiedy weszłam do Sądu Najwyższego i nowe władze rewolucyjne oświadczyły, że kobieta nie może być już sędzią, zostałam. Zostałam, kiedy władze zdegradowały mnie do funkcji zwykłej urzędniczki w tym samym sądzie, któremu jeszcze niedawno przewodniczyłam. Zatykałam uszy, kiedy rewolucjoniści, którzy przejęli władzę nad sądownictwem, w mojej obecności powtarzali, jak płytkie i niezdecydowane są kobiety; jak nie nadają się do wymierzania sprawiedliwości, więc misja ta zostanie powierzona mężczyznom. Zostałam, kiedy irackie myśliwce bombardowały domy przy naszej ulicy, obracając je w ruinę. Zostałam, kiedy nowe władze obwieściły, że islam wymaga brutalnej sprawiedliwości; że w imię tej religii można wykonywać na dachach egzekucje na młodych mężczyznach i kobietach; że można wieszać ich za poglądy polityczne, a ciała wrzucać potem do zbiorowych grobów.

Tak jak nie potrafiłam opuścić Iranu, tak samo nie porzuciłam islamu. Gdybyśmy wszyscy spakowali się i wsiedli do samolotów, co zostałoby z naszej ojczyzny? Gdybyśmy pokornie schylili głowy i siedzieli w domach, pozwalając, by władza mówiła, że islam dopuszcza zabijanie pisarzy i wyroki śmierci na nastolatkach – co zostałoby z naszej wiary?

Na cienkiej przebitce, z której wtedy korzystało się, wysyłając listy pocztą lotniczą, pisałam długie listy do przyjaciół-emigrantów. Uspokajałam, że jakoś daje się przeżyć. W połowie lat osiemdziesiątych zrezygnowałam z pracy i wybrałam emigrację wewnętrzną, odcinając się od brutalnej polityki nowej władzy. Mimo nalotów i patroli moralności mąż i ja wychowywaliśmy swoje dwie córki, które – uczesane w kucyki – maszerowały do szkoły, gdzie uczyły się czytać. Co wieczór jedliśmy razem posiłek. Mąż, Dżawad, dalej pracował jako inżynier, ja zaś wychowywałam dziewczynki, zastanawiając się, jaki nowy pomysł znaleźć na siebie, skoro sądownictwo stało się monopolem mężczyzn...

*

Powyższy tekst, którego tytuł pochodzi od redakcji, jest fragmentem książki "Kiedy będziemy wolne". Autorka: Szirin Ebadi. Wydawnictwo Znak, 2017 r. 

«« | « | 1 | » | »»

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama