Syndrom jerozolimski

Nie da się mówić o statusie Jerozolimy tylko językiem polityki, z pominięciem religii. To dlatego konflikt dotyczący Świętego Miasta wydaje się politycznie nierozstrzygalny.

Reklama

Stany Zjednoczone uznają Jerozolimę za stolicę Państwa Izrael i zapowiadają przeniesienie tam swojej ambasady z Tel Awiwu. Czy ten ruch, którego konsekwentnie unikali dotychczasowi prezydenci USA, to bezmyślne wrzucenie zapałki do beczki prochu? Czy może część większego planu, który ma zmusić również Izrael do ustępstw wobec Palestyńczyków? A może to nie polityka jest wystarczającą perspektywą dla interpretacji tej decyzji? Czy uprawnione jest postrzeganie jej również w kategoriach religijnych jako wypełnienie obietnic dla Izraela zawartych w Biblii? I gdzie leży granica między spojrzeniem wiary a wykorzystywaniem religii do uprawiania polityki?

Jerozolima na wyłączność?

„Jest życie przed Jerozolimą i życie po Jerozolimie” – mówił o swoim doświadczeniu tzw. syndromu jerozolimskiego pisarz i dziennikarz Paul Badde. Innymi słowy: kto raz dotknął tego miasta, nigdy już tak naprawdę go nie opuszcza. „Wszyscy mają dwa miasta – swoje i Jerozolimę” – przyznawał jej wieloletni burmistrz Theodor Kollek. Poza doświadczeniem powszechności Jeruzalem jako punktu wyjścia i punktu dojścia całej ludzkości równie silne jest przekonanie o wyłączności i specyficznej relacji między miastem a jednym narodem. Problem w tym, że pretendentów do tej wyłączności jest dwóch. Z czego jeden ma ku temu historyczne i biblijne podstawy, a drugi konsekwentnie mu tego prawa odmawia. Decyzja prezydenta USA o uznaniu Jerozolimy za odwieczną stolicę Izraela i zapowiedź przeniesienia ambasady amerykańskiej z Tel Awiwu właśnie do Jerozolimy jest zatem stanięciem po jednej stronie tego sporu. Gdyby patrzeć na ten ruch wyłącznie w kategoriach politycznych, należałoby – wspólnie z dominującym w światowych mediach chórem – przekrzykiwać się w wyrazach oburzenia lub niepokoju. I trudno odmówić podstaw przynajmniej do tego drugiego. Bliski Wschód w ogóle, a konflikt palestyńsko-izraelski w szczególności (w rzeczywistości jest to konflikt całego świata muzułmańskiego z Żydami) to tykająca bomba, gdzie naprawdę niewiele potrzeba, by doszło do wybuchu. Zwłaszcza w kwestii tak drażliwej jak status Jerozolimy i – szerzej – istnienia Państwa Izrael (czego nie uznają jego sąsiedzi) oraz starań o utworzenie państwa palestyńskiego (na co nie ma zgody większości sił politycznych w Izraelu). – Bez umowy pokojowej między Izraelem a Palestyńczykami nie będzie dobrze. Żaden kraj arabski nie będzie chciał z nami pokoju, jeśli nie dojdziemy do porozumienia z Palestyńczykami. I jeśli nie będziemy choćby na progu powstania samodzielnego państwa palestyńskiego – mówił w rozmowie z GN parę lat temu Szewach Weiss, były ambasador Izraela w Polsce. Jeszcze w 2001 roku ówczesny premier Ehud Barak dopuszczał możliwość zgody na taki podział Jerozolimy, by miasto było stolicą obu państw. Dziś to pogląd raczej niszowy w Izraelu. Argument podstawowy brzmi: nie ma zgody na państwo palestyńskie, a tym samym na dzielenie się Jerozolimą, bo oni nie uznają naszego prawa do istnienia.

Ameryka z Izraelem

Świadoma tego nierozstrzygalnego sporu administracja Białego Domu – niezależnie od jego aktualnego lokatora – pomimo tradycyjnego trzymania strony Izraela unikała radykalnego posunięcia w kwestii Jerozolimy, które mogłoby dolać oliwy do ognia. W 1995 roku prezydent Bill Clinton podpisał wprawdzie ustawę, która na władze USA nakładała obowiązek przeniesienia ambasady amerykańskiej do Jerozolimy, ale jednocześnie zakładała możliwość odroczenia tego procesu „ze względów bezpieczeństwa narodowego”. W praktyce decyzja w tej sprawie była podejmowana co sześć miesięcy – każdy kolejny prezydent co pół roku podpisywał rozporządzenie „oddalające w czasie” konkretne kroki. Ponieważ społeczność międzynarodowa nie uznaje Jerozolimy za stolicę Izraela, a prawie 90 ambasad mieści się w Tel Awiwie, sytuacja wydawała się patowa. Przypomnijmy, że Izrael kontroluje Jerozolimę od 1967 roku, gdy w trakcie wojny sześciodniowej zajął wschodnią część miasta. Zrozumiałe zatem, że każde przechylenie „wajchy” w stronę oficjalnego uznania Jerozolimy za stolicę Izraela mogło wywołać wrzenie w świecie muzułmańskim. Teoretycznie i Palestyńczycy, i reszta Bliskiego Wschodu mogli być przygotowani na taki ruch. Już dzień po zwycięstwie Donalda Trumpa izraelski minister oświaty i diaspory Naftali Bennett oświadczył triumfalnie, że to koniec marzeń Palestyńczyków o własnym państwie. Na ulicach Tel Awiwu jeszcze przed wyborami wzrok przykuwały plakaty z napisem: „Trump, make Israel great again!”, nawiązującym wyraźnie do hasła wyborczego Trumpa: „Make America great again”. Ta radość wiązała się z powtarzanymi w czasie kampanii przez Trumpa obietnicami, którymi zaskoczeni byli nawet najwięksi zwolennicy polityki izraelskiej. „Przeniesiemy amerykańską ambasadę do odwiecznej stolicy narodu Izraela, Jerozolimy. I wyślemy jasny sygnał, że nie ma żadnej bariery między Ameryką a naszym najbardziej godnym zaufania sprzymierzeńcem, Państwem Izrael. Palestyńczycy muszą podejść do stołu, wiedząc, że więź między Stanami Zjednoczonymi i Izraelem jest absolutnie, totalnie niezniszczalna. I muszą podejść do stołu gotowi zaakceptować, że Izrael jest państwem żydowskim i zawsze będzie istniał jako państwo żydowskie” – zapewniał Trump przed członkami AIPAC (American Israel Public Affairs Committee), najbardziej wpływowej w Stanach proizraelskiej organizacji lobbingowej. I choć to on dotrzymuje właśnie obietnic składanych mniej jednoznacznie również przez poprzedników, to trzeba na tę decyzję spojrzeć w szerszym kontekście relacji USA z Izraelem. To więź, którą zresztą trudno zrozumieć tylko w kategoriach politycznych. Nawet rozpatrywanie tego fenomenu wyłącznie pod kątem interesów geopolitycznych i gospodarczych nie pozwala zrozumieć w pełni istoty tych relacji. Proizraelskość jest wpisana w polityczne i aksjologiczne DNA Amerykanów w sposób niemal biologiczny i… religijny zarazem. Religia zresztą, obok polityki, jest jednym z głównych motywów każących Amerykanom patrzeć na Izrael w sposób, w jaki USA nie patrzą na żadnego innego sojusznika. Miesza się tutaj słuszna, oparta na Biblii, wiara w wyjątkowość narodu Izraela w historii zbawienia z radykalnymi nurtami protestanckich syjonistów, usprawiedliwiających wszelkie działania polityczne Izraela względami biblijnymi właśnie. I tu dochodzimy do kwestii, którą trudno zignorować w próbie interpretacji tego, co dzieje się obecnie wokół Jerozolimy.

Polityka z religią

Sprowadza się to albo do pytania, czy mamy prawo mieszać do tego religię i Biblię, albo odwrotnie – czy da się religię i Biblię w tych wydarzeniach zupełnie pominąć. Nie ma wątpliwości, że to religijny charakter Jerozolimy, z całym bagażem znaczeń i wydarzeń w historii zbawienia i historii narodu żydowskiego, był tym, co najbardziej przyciągnęło rozproszonych po świecie Żydów (nawet jeśli nie wszyscy z nich uważali się za szczególnie religijnych) do tworzonego w 1948 roku Państwa Izrael. Nie ma za to już takiej pewności w przypadku muzułmanów – wprawdzie świętość Wzgórza Świątynnego wiązana jest z życiem i działalnością ważnych również w islamie proroków, a o nocnym przeniesieniu Mahometa z Mekki do Jerozolimy czytamy w 17. surze Koranu, to jednak motywacja ściśle religijna w roszczeniach wobec tego miejsca pojawiła się stosunkowo późno. Nie mówiąc już o tym, że opanowanie Jerozolimy przez Arabów dokonało się drogą podboju, choć wejście w tego typu argumentację zawsze prowadzi do licytowania się i „wypominania” na przykład faktu, że dzisiejszy Izrael powstał dopiero w 1948 roku itd., itp.

Pozostańmy więc na poziomie religii jako elementu rozstrzygającego w sporze politycznym. W „Trzeciej świątyni jerozolimskiej”, znakomitej książce Anny Peck, można znaleźć szereg opinii historyków, którzy wykazują, że Jerozolima jako jedno z najświętszych miejsc dla islamu nie znajdowała się w sferze specjalnego zainteresowania Palestyńczyków w początkowym okresie konfliktu. Dopiero wielki mufti Jerozolimy Al-Hussein w 1921 roku upolitycznił kwestię religijnego znaczenia Jerozolimy, gdy zaczął zbierać środki w krajach arabskich na odnowę sanktuariów na Wzgórzu Świątynnym – choć większość mieszkańców już wtedy stanowili Żydzi. Tymczasem dla Żydów świętość Jerozolimy jest oczywista od kilku tysięcy lat.

Wypełnienie proroctw?

Nie rozstrzygając zatem bieżącego sporu o status tego miasta, trudno nie dostrzec (także z chrześcijańskiej perspektywy) we wszystkich wydarzeniach, jakie mają miejsce wokół Izraela od kilkudziesięciu lat, wypełnienia się obietnic, które otrzymał naród wybrany. Jeśli Bóg dał obietnicę, że Żydzi powrócą do swojej ziemi, to czy można patrzeć wyłącznie politycznie na utworzenie w 1948 roku Państwa Izrael? Jeśli jest obietnica, że Jerozolima znowu połączy się z Izraelem, to czy rok 1967 należy rozpatrywać tylko w kategoriach wojenno-politycznych?

Trudno z całkowitym spokojem patrzeć na decyzję Donalda Trumpa w sprawie uznania Jerozolimy za stolicę Izraela; konsekwencje społeczno-polityczne mogą być różne. Ale przecież o wiele bardziej radykalnym krokiem było utworzenie Państwa Izrael, a nikt dzisiaj – poza większością krajów arabskich oraz Iranem – nie podważa prawa do jego istnienia. A jeśli nie, to konsekwentnie należy uznać prawo tego państwa do posiadania własnej stolicy. Z politycznego punktu widzenia wolałbym wprawdzie, by Żydzi byli w stanie dogadać się z Palestyńczykami w sprawie podziału na dwie stolice. I nie czuję się uprawniony do uzasadniania względami biblijnymi wyłącznego prawa dzisiejszego Izraela do Świętego Miasta. Ale jednocześnie nie czuję się też uprawniony do całkowitego wykluczenia wątku spełniających się proroctw w interpretacji sporu o Jerozolimę. Nawet jeśli z perspektywy czysto politycznej wydaje się to zwykłą fantazją. Tyle że Jerozolima nie zna pojęcia „czysta polityka”. Tam wszystko jest religią.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama