Benedykt XVI i Regensburg

Roman Koszowski/GN

Islam musiałby uznać prawo do zmiany religii i zaakceptować rozróżnienie pomiędzy władzą religijną i polityczną w sprawiedliwym państwie.

Reklama

W powodzi komentarzy wokół dziesiątej rocznicy zamachu z 11 września 2001 roku znalazłem tylko jedną wzmiankę o powiązanym z tym wydarzeniu istotnej wagi, mianowicie o piątej rocznicy wystąpienia papieża Benedykta XVI w Regensburgu. Papież, w wykładzie wygłoszonym dzień przed piątą rocznicą zamachu na World Trade Center, w swoim macierzystym uniwersytecie w Niemczech, wskazał na dwa kluczowe wyzwania, z jakimi musi się zmierzyć islam w XXI w., o ile religia ta (wyznawana przez ponad miliard ludzi) miałaby funkcjonować we współczesnym świecie na jakichś innych zasadach niż stan wojny. Przy okazji piątej rocznicy Regensburga warto zatem przypomnieć, jakie były wówczas postulaty Papieża. A warto to zrobić nie tylko dlatego, że komentatorzy, wypowiadający się przy okazji rocznicy zamachu z 11 września, skrzętnie unikali tematu, któremu Ojciec Święty odważnie stawił czoła, gdy sugerował wzmocnienie w islamie tych elementów doktryny, które powstrzymałyby permanentną wojnę islamu przeciwko całej reszcie świata.

Benedykt sformułował w Regensburgu dwie propozycje.

Islam – jak zasugerował – musiałby przebyć drogę w kierunku uznania wolności religijnej jako rozpoznawalnego rozumowo, fundamentalnego prawa człowieka, zakładającego również prawo do zmiany religii. Musiałby odszukać uzasadnienie dla tego prawa wewnątrz swoich własnych – religijnych, prawnych, filozoficznych i teologicznych – zasobów. Nie chodzi o to, by ulegać wpływom niektórych świeckich koncepcji życia publicznego w stopniu choć odrobinę większym niż miało to miejsce w czasach Soboru Watykańskiego II, gdy katolicyzm po konfrontacji ze współczesnym światem politycznym, uznał możliwość dyskursu z nim, wydając Deklarację o Wolności Religijnej. Rozwiązanie musi przyjść z wewnątrz, jego źródłem musi być to, co chrześcijańska teologia nazwałaby „rozwojem doktryny”.

Po drugie islam musi znaleźć sposób – wyprowadzając go także ze swoich religijnych i intelektualnych zasobów – aby zaakceptować rozróżnienie pomiędzy władzą religijną i polityczną w sprawiedliwym państwie. To nie wymaga, a w istocie nawet nie może oznaczać radykalnego „muru rozdziału” (cytat z Jeffersona) pomiędzy nimi w wersji, jaka funkcjonuje w amerykańskim ustroju konstytucyjnym, w oparciu o błędne założenia. Lepszym punktem odniesienia byłaby sytuacja z końca XX wieku, kiedy katoliccy uczeni sięgnęli do tradycji z piątego wieku i wydobyli istniejące wówczas rozróżnienie na władzę kapłańską i cesarską. Odkryli na nowo tradycję, której najgłębsze korzenie sięgają rozróżnienia uczynionego przez samego Pana Jezusa pomiędzy tym co cesarskie i tym, co boskie (Mt 15, 21).

Pomimo, że zostały zignorowane podczas rocznicy 9/11, wydaje się, że powyższe dwie sugestie to kwestie kluczowe. Islam, który akceptuje wolność religijną, włącznie z konwersją z jednej religii na inną oraz uzasadnia tę akceptację w zgodzie ze swoim własnym pojmowaniem siebie używając kategorii intelektualnych, to islam, z którym „reszta” może żyć w pokoju i w sposób ubogacający obie strony. Islam, w którym władza religijna i polityczna są rozdzielone, przy zachowaniu wzajemnych pozytywnych relacji, to islam, który może dać początek prawdziwie obywatelskiemu społeczeństwu; zaś silne społeczeństwo obywatelskie jest jedyną barierą przeciw niegodziwemu autorytaryzmowi, prześladującemu kraje islamskie od wieków. Mocne społeczeństwo obywatelskie, w którym jest przestrzeń na wolność religijną i różnorodność politycznych opcji, jest również niezbędne do realizacji obietnicy, jaką niesie trwająca właśnie „Wiosna Arabska”. Może ona bowiem przejść w gorące lato a skończyć się gorzką zimą, jeśli jej głównym osiągnięciem pozostanie zamiana świeckiego autorytaryzmu politycznego na religijnie gwarantowany autorytaryzm polityczny.

11 września Stany Zjednoczone dotknęła nie „tragedia” – choć właśnie to słowo zdominowało komentarze z okazji 10-tej rocznicy tych wydarzeń. Nowy Jork i Waszyngton dotknęło zło, które wydostało się ze środka wewnątrz islamskiej wojny domowej, toczącej się już wcześniej przez kilkadziesiąt lat. W centrum tej wojny domowej leży spór o to, czy islam jest w stanie przyswoić sobie takie nowożytne idee polityczne, jak niezbywalne prawa człowieka (rozpoznawalne rozumowo, a więc dostępne dla wszystkich ludzi) oraz rozdział władzy państwowej i religijnej w rządach krajów islamskich.

Jeśli odpowiedź na to pytanie brzmi „nie”, to cykl przypływów i odpływów fal wojny islamu z „resztą świata”, który zaczął się w siódmym wieku, będzie trwał nadal. Jeśli odpowiedź brzmi „tak”, to musi ona wypłynąć z wnętrza islamu i nie może być skutkiem jakiegokolwiek procesu zmierzającego ku radykalnej sekularyzacji islamskich społeczeństw. Papież Benedykt XVI był dostatecznie przewidujący i odważny, aby o tym powiedzieć w Regensburgu. Najwyższy czas, by świat zwrócił na uwagę na jego słowa.

George Weigel, teolog, publicysta, członek Ethics and Public Policy Center w Waszyngtonie

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama