Kumari

Kumari to kilkuletnie dziewczęta, w które wciela się bogini Taledźu, by chronić Nepal przed wszelkim złem. Do niedawna nieletnie boginie co roku błogosławiły nepalskich królów. Od niedawna błogosławią maoistowskich rewolucjonistów, którzy obalili monarchię.

Jako bogini nie wolno jej stąpać po ziemi. Kumari nie chodzi, lecz wszędzie przenoszona jest w lektyce przez kapłanów i piastunki. Dopiero od niedawna kumari z Patanu i Bhadgaunu chodzą do szkoły z innymi dziećmi; "królewska kumari" z Katmandu uczona jest w pałacu przez opłacanych nauczycieli, a do jej komnaty wstawiono telewizor.

Kumari przestają być boginiami wraz z pierwszą miesiączką albo chorobą. Taledźu opuszcza wtedy ich ciała i na jej nowe wcielenia kapłani szukają nowych dziewcząt.

Dawne kumari wracają zaś do rodzinnych domów i próbują przybierać postać zwyczajnych dziewcząt. Powrót okazuje się często trudny. Wychowane w samotności kumari mają kłopoty, by odnaleźć się w życiu. Boją się hałasu, tłumów. W Nepalu, gdzie trzy czwarte z 30 mln mieszkańców jest wyznawcami hinduizmu, pokutuje przekonanie, że mężczyzna, który ożeni się z byłą kumari, umrze pół roku po ślubie.

Działacze praw człowieka w 2008 r. wymogli na Sądzie Najwyższym, by zmusił rząd do zapewnienia byłym kumari zasiłków, opieki lekarskiej i pomocy przy wyszukiwaniu pracy. Przed złożeniem odpowiedniego wniosku w sądzie działaczka praw człowieka Pundevi Maharjan poszła jednak do kumari prosić ją o błogosławieństwo.

Wszystkie z "królewskich kumari" z XX wieku znalazły mężów i pozakładały rodziny. Ani one same, ani ich rodziny nie żałują, że zostały wybrane na żywe wcielenia bogini Taledźu.

Kumari, którą widziałem w pałacowym oknie, w poprzednim wcieleniu nosiła imię Matina. Została pierwszą "królewską kumari", której wybór zatwierdził nie król, ale maoistowscy rewolucjoniści, którzy obalali monarchię i w żadnych bogów nie wierzą.

Kiedy po wygranej wojnie domowej i wolnych wyborach w 2008 r. przejęli władzę w kraju, maoiści, uważający kult kumari za zabobon i przeżytek, zapowiedzieli, że przestaną płacić na utrzymanie jej pałacu. W Katmandu uznano to za zapowiedź himalajskiej odmiany "rewolucji kulturalnej", a w mieście doszło do rozruchów.

Maoiści nie tylko odtrąbili odwrót, ale zapowiedzieli, że odtąd kumari ma udzielać błogosławieństwa nie królowi, lecz prezydentowi lub premierowi republikańskiego rządu. A kiedy, ratując chwiejący się tron, król Gyanendra potajemnie odwiedził kumari, a ona, nie orientując się w polityce, udzieliła mu błogosławieństwa, rozsierdzeni maoiści odebrali mu połowę gwardii przybocznej, a rok później obalili monarchię.

"To, że nie jesteśmy już królestwem, nie znaczy, że mamy zerwać z naszą kulturą i tradycją - mówi prof. Chunda Bajracharya ze stołecznego uniwersytetu Tribhuvana. - Świat się zmienia, a wraz z nim obyczaje i tradycje. Ale na te zmiany potrzeba więcej czasu niż na obalenie króla".

Z Katmandu Wojciech Jagielski

«« | « | 1 | 2 | » | »»