Zróbmy sobie kalifat

Moda na islam w Europie zaczęła się w latach 20. XX wieku. Głośne konwersje, islamski ubiór, imiona i specjalne prawa dla przybyszów. Tak bawiły się zachodnie elity, przygotowując grunt dla multikulturowej utopii.

Wymieszanie kulturowe to nasze przeznaczenie. Nie może więc być sytuacji, że jakieś narody nie wyobrażają sobie różnorodności. Nie będzie na tej planecie kraju, który w przyszłości nie stanie się różnorodny narodowościowo – to słowa wiceprzewodniczącego Komisji Europejskiej Fransa Timmermansa. Są one dowodem na to, że w ciągu prawie stu lat zachodnie elity nie nauczyły się niczego. Przeciwnie, konsekwentnie podążają drogą wytyczoną przez pionierów z okresu międzywojennego.

Wyścig na „otwartość”

Tyle że to, co w latach 20. XX wieku było ekstrawagancją (choć nobilitowaną przez najbardziej wpływowe środowiska), a później stało się promowaną poprawnością polityczną, dziś okazuje się nowym porządkiem prawnym, którego przestrzeganie ma być egzekwowane za pomocą szantażu i gróźb. Bo czym innym są powyższe słowa Timmermansa, który różnorodność (jak w nowomowie określa się ideologię multikulti) traktuje nie jako możliwy dla niektórych scenariusz, tylko jako „dziejową konieczność”, przymus, któremu należy się poddać. W innym miejscu ten sam komisarz zagroził wręcz wojną jako alternatywą dla braku akceptacji polityki imigracyjnej promowanej przez Brukselę.

Widać wyraźnie, że w całym tym projekcie inżynierii społecznej nie chodzi o dobro prawdziwych uchodźców, tylko o „głębszą” ideę: pozbawienie Europejczyków wolności wyboru kształtu własnych społeczeństw. Tak samo jak nie o dobro pierwszych muzułmańskich imigrantów chodziło „ojcom założycielom” poprawności politycznej w okresie międzywojennym. Francja i Wielka Brytania prześcigały się w przyznawaniu przywilejów przybyszom z kolonii, by jedna przed drugą udowodnić swoją większą otwartość na inność, przekraczając po drodze kolejne granice absurdu. W tym wyścigu, z innych powodów i tylko do pewnego momentu, uczestniczyli również... Niemcy. A elity intelektualne i arystokracja tych krajów za objaw „najwyższego poziomu” uważały przejście na islam, uczęszczanie do meczetu, wybór muzułmańskich imion, a nawet odpowiedni ubiór.

O tej zapomnianej nieco historii przypomniał ostatnio amerykański magazyn „Foreign Policy”. Choć akurat autorzy artykułu „Kiedy Europa pokochała islam”, opisując fakty sprzed wieku, chcieli chyba bardziej pokazać, że dziś jest zupełnie odwrotnie: Europa „odwraca się” od islamu. Jakby nie zauważali drobnego szczegółu: jeśli ktoś się „odwraca”, to miliony mieszkańców zachodnich społeczeństw, zmęczonych ideologią multikulti. Zmęczonych naiwną wiarą, że każdy przybysz, niezależnie od kultury, w sposób „spontaniczny”, bez stwarzania przez państwo przyjmujące warunków, bez stosowania minimalnych środków przymusu (jak obowiązkowa nauka języka) potrafi zintegrować się z nowym otoczeniem. Tymczasem elity niewzruszenie nie tylko od niczego się nie odwracają, ale brną – jak pokazuje przykład Timmermansa i całej Komisji Europejskiej – w coraz bardziej totalitarne klimaty. Grunt przygotowany przez zafascynowanych „modą na islam” europejskich pięknoduchów z okresu międzywojnia, podlewany przez wyznawców multikulti lat 60. XX wieku, dziś jest zabezpieczany przez brukselskich eurokratów, gotowych bronić go dużo skuteczniej niż granic zewnętrznych UE.

„Nowy człowiek”

Jedną z najbardziej oczarowanych islamem stolic europejskich w latach 20. XX wieku był... Berlin. Meczet Wilmersdorf w południowej części miasta przyciągał nie tylko muzułmańskich studentów z południowej Azji i Bliskiego Wschodu, ale również rosnącą liczbę Niemców – konwertytów ze wszystkich możliwych warstw społecznych. Zwłaszcza dla intelektualistów z kręgów szeroko rozumianej „postępowej lewicy” islam był atrakcyjną, egzotyczną formą duchowości. Wielu z nich nie ukrywało, że traktuje to jako alternatywę dla chrześcijaństwa, które odrzucili z powodu – jak mówili – rozczarowania. Berlin wręcz chełpił się faktem, że inteligencję muzułmańską tworzą również sami Niemcy. Dla części z nich była to nie tylko moda, eksperyment i chęć przeżycia nowej „przygody” duchowej. Tacy konwertyci jak Hugo Markus (po konwersji Hamid Markus), niemiecki filozof żydowskiego pochodzenia, mówili wprost, że islam jest dla nich niezbędnym etapem na drodze tworzenia tzw. nowego człowieka. „Nowy człowiek” był projektem filozoficznym stworzenia „idealnego obywatela”. Ta idea była wspólna zarówno dla socjalistów, jak i dla faszystów, stając się wręcz centralnym punktem w ideologii sowieckiej i narodowego socjalizmu w Niemczech. Warto przypomnieć, że sam Hitler w aliansie z muzułmańskimi liderami pokładał nadzieję na zwycięski pochód nazizmu. Sami muzułmanie nie kryli swojej fascynacji Hitlerem. W książce „Kaci Hitlera. Brudny sekret Europy” Christopher Hale pisze, że „szaleństwo na punkcie Hitlera rozprzestrzeniało się w wielu zakątkach Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej niczym paskudna wysypka”. Sam Hitler wszedł we współpracę z wielkim muftim Jerozolimy Mohammadem al-Husajnim, dla którego antyżydowskie wystąpienia führera były „podnoszące na duchu”. Z kolei w samych Niemczech „normalnym” obrazkiem były sceny, gdy setki muzułmańskich żołnierzy Waffen-SS w niemieckich mundurach klękały wspólnie do modlitwy.

Muzułmanie preferowani

Zarówno w Niemczech, jak i w Wielkiej Brytanii, Francji czy Holandii o dobry wizerunek islamu i jego ekspansję dbała m.in. misyjna grupa Ahmadiyya z Indii. To oni doprowadzili do budowy pierwszych meczetów w Berlinie i innych stolicach. Autorzy „Foreign Policy”, choć mylą się co do diagnozy dzisiejszych relacji z islamem w Europie, mają rację, gdy piszą, że w latach 20. XX wieku specjalne traktowanie religii Mahometa było nie tylko kwestią mody i fanaberii intelektualistów oraz arystokratów, ale również świadomych działań rządów państw zachodnich. Można powiedzieć o wyraźnym faworyzowaniu muzułmanów, nierzadko kosztem większości obywateli. Dobrym przykładem jest tutaj „laicka” w założeniu Francja. Okazuje się, że w 1926 roku, a więc zaledwie 21 lat po wprowadzeniu radykalnego rozdziału państwa i Kościoła, rząd francuski z publicznych pieniędzy (!) wybudował ogromny meczet w Paryżu. Brzmi to kuriozalnie, bo taki sam gest w przypadku budowy kościoła byłby niemożliwy do wyobrażenia. Oficjalnie władze tłumaczyły, że Wielki Meczet jest pomnikiem wdzięczności dla muzułmanów z Afryki Północnej, którzy walczyli po stronie Francji w czasie I wojny światowej. I trzeba przyznać, że meczet... rzeczywiście był bardziej pomnikiem, ale raczej sławiącym imperialną (i dobroduszną) potęgę Francji niż służącym praktycznie samym muzułmanom mieszkającym w Paryżu. Większość z nich stanowili robotnicy mieszkający w dzielnicach odległych od meczetu i pracujący w godzinach, w których nie mogli skorzystać z czasu na modlitwę. Bardziej praktyczny dla samych muzułmanów był inny gest francuskich władz: w 1935 roku wybudowano szpital w Bobigny, małej dzielnicy w północnym Paryżu. Polityka szpitala była taka, żeby preferowani byli w nim właśnie muzułmanie – od architektury (tzw. styl północnoafrykański) po żywienie pacjentów uwzględniające religijne zakazy islamu i wyznaczone miejsca na modlitwę. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że na podobne względy (budowę szpitala „wyznaniowego” za publiczne pieniądze) nie mogli liczyć np. katolicy i inne grupy chrześcijan.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.