Izrael – dusza Ameryki

– W wyjątkowej relacji USA z Izraelem chodzi o tożsamość, która jest nierozerwalnie związana ze znajomością Biblii, w tym także Starego Testamentu – mówi Philip Earl Steele w rozmowie o chrześcijańskim syjonizmie.

Jacek Dziedzina: W Europie dominuje przekonanie, że proizraelską polityką USA steruje amerykańskie lobby żydowskie. Tymczasem największy wpływ na to mają nie amerykańscy Żydzi, ale chrześcijańscy syjoniści z Kościołów ewangelikalnych. To coś więcej niż polityka?

Philip Earl Steele: Gdy wiosną 2012 r. ważyły się losy porozumienia nuklearnego z Iranem, do USA przyleciał premier Izraela Benjamin Netanjahu. Na spotkaniu z Barackiem Obamą w Białym Domu Netanjahu przekazał prezydentowi Księgę Estery. Chyba nikt w polskich mediach nie zauważył tego mocnego przykładu tzw. dyplomacji religijnej. Ale amerykańscy protestanci ewangelikalni, jak również inni chrześcijanie, dobrze zrozumieli symbolikę tego gestu: Ameryka musi uratować Żydów przed Iranem, czyli przed Persami. Bo tak samo jak w tej biblijnej księdze – co premier Netanjahu dał do zrozumienia – Irańczycy szykują zagładę dla Żydów.

Siła chrześcijańskiego lobby proizraelskiego jest tajemnicą poliszynela?

Nie, jest czymś zupełnie otwartym i znanym w USA. Baptyści i inni protestanci ewangelikalni wcale nie ukrywają faktu swojego wsparcia dla Izraela ani nie ukrywają, z jakich powodów wspierają Izrael. Działają całkowicie otwarcie też jako lobby – i to od ponad 40 lat. Pod koniec lat 70. XX w. powstał ruch nazwany Moralną Większością pod przywództwem pastora Jerry’ego Falwella. Wśród najważniejszych zadań tego lobby znalazła się polityka wsparcia dla Izraela. W latach 90. działało jeszcze mocniejsze lobby tzw. prawicy chrześcijańskiej – Koalicja Chrześcijańska, dla której polityka proizraelska również była pierwszoplanowa. Obecnie zaś mamy lobby chrześcijan ewangelikalnych skupione wyłącznie na polityce proizraelskiej, Chrześcijanie Zjednoczeni na rzecz Izraela (CUFI). To organizacja, do której należy 3 mln członków! Dla porównania – AIPAC, proizraelskie lobby żydowskie, ma zaledwie 100 tys. członków, a i tam zasiadają nie tylko Żydzi, ale również działacze ewangelikalni, pastorzy też. Żydzi stanowią mniej niż 2 proc. społeczeństwa amerykańskiego i większość z nich głosuje na demokratów, podczas gdy najbardziej proizraelską politykę prowadzą republikanie. Z kolei chrześcijańscy syjoniści stanowią aż jedną trzecią amerykańskiego elektoratu i niemal zawsze głosują na republikanów.

Wspólnym mianownikiem syjonizmu chrześcijańskiego jest przekonanie, że aby Mesjasz powrócił, Żydzi muszą odzyskać swoją ziemię w biblijnych granicach, przejąć całą Jerozolimę i odbudować świątynię jerozolimską. Dwa pierwsze warunki są zaawansowane w realizacji, trzeci wymagałby zburzenia meczetu Al-Aksa i Kopuły na Skale…

Jeśli chodzi o świątynię jerozolimską, to nie wszyscy syjoniści chrześcijańscy mówią o jej odbudowie. Jest to silny, ale uboczny nurt. Dlatego ja bym tej sprawy aż tak bardzo nie akcentował.

Faktem jednak jest promowanie działań politycznych, które rzekomo miałyby przyspieszyć powtórne przyjście Chrystusa. Nie jest to nadużycie?

Ja patrzę na to w ten sposób, że to są działania bardzo kojące dla ludzi religijnych – bo oni czują się aktorami w Bożym planie. Protestanci ewangelikalni mają swoją rozbudowaną eschatologię, widzą palec Boży w swoim życiu i widzą go w zmianach zachodzących na świecie. Mają poczucie, że angażując się po stronie Izraela, uczestniczą w czymś Bożym i pięknym.

Wystąpienia niektórych pastorów budziły jednak niepokój, zwłaszcza gdy wprost nawoływali do wojny, m.in. w Iraku, co też miało być elementem tego „przyspieszenia” przyjścia Mesjasza.

Nie jest to jednak cała prawda o ewangelikalnych. Nie można stracić z pola widzenia ewolucji, jaką przeszły te środowiska. W ciągu ostatnich 200 lat, czyli od czasu, kiedy syjonizm chrześcijański stał się mocny i wpływowy, jego przedstawiciele nieraz rzeczywiście wierzyli, że można przyspieszyć powrót Chrystusa. Był to bardzo ważny element ich tożsamości. Ale w obecnym pokoleniu znajduje się to na drugim, a może i trzecim planie. Na pierwszym miejscu jest po prostu tożsamość. Ewangelikalni protestanci utożsamiają się z Izraelczykami. To wynika też z ich stosunku do Starego Testamentu. I jest tu pewna prawidłowość: te Kościoły, które trochę lekceważyły Biblię Hebrajską, miały stosunek co najmniej chłodny, jeśli nie gorzej, do Żydów. A te Kościoły, które czciły proroków i kazały swoim wiernym czytać starotestamentalne księgi, były skłonne dostrzegać w Żydach naród wybrany, Izraelitów, i tym samym włączać się w różne akcje związane z powrotem Żydów na swoje ziemie. Dzisiaj częściej niż o Armagedonie i o powrocie Jezusa słyszymy o błogosławieństwach znajdujących się w 12. rozdziale Księgi Rodzaju – Bóg błogosławi tym, którzy błogosławią Żydów. I to jest dominujące hasło wśród chrześcijan ewangelikalnych dziś.

Krytycy tego nurtu mówią czasem, że ewangelikalni rozumieją historię w biblijnym kontekście, ale nie rozumieją Biblii w kontekście historycznym. I że efektem tego jest m.in. bezwzględne wspieranie Izraela we wszelkich działaniach politycznych.

To prawda, że słabo znają się na pozabiblijnej historii. Ostatnio mówiłem pewnej żonie pastora baptysty, że w Turcji są miejsca związane ze św. Pawłem, i ona była tym bardzo zaskoczona. Ta ich biblijna optyka utrudnia rozumienie dążeń niepodległościowych Palestyńczyków, a często nie wiedzą nawet, że bardzo wielu z nich to chrześcijanie. Dopiero w kontekście wojny z Państwem Islamskim wielu ze zdziwieniem odkryło, że wśród Arabów są chrześcijanie.

Syjonizm chrześcijański w 2006 r. został potępiony zarówno przez patriarchów łacińskich i prawosławnych, jak i biskupów anglikańskiego i luterańskiego w Jerozolimie. Uznali, że blokuje pokój na Bliskim Wschodzie, a Ewangelię sprowadza do imperializmu i militarnych rozwiązań…

Faktem jest, że wsparcie środowisk ewangelikalnych w USA dotyczy głównie izraelskiej prawicy, nieskorej do ugody z Palestyńczykami. Z drugiej strony to Dawid Ben Gurion, lewicowy polityk, jeden z założycieli i pierwszy premier Państwa Izrael, wpadł na pomysł, by mobilizować ewangelikalnych na rzecz Izraela. Pod koniec lat 50. zaczął spotykać się z pastorami, zapraszał ich do Izraela, przemawiał na konferencji zielonoświątkowców w Jerozolimie. On zrozumiał, że ewangelikalni mogą stanowić kotwicę amerykańskiego wsparcia dla Izraela. Ostatecznie to prawica izraelska – Likud – pod przewodnictwem Menachema Begina przypieczętowała ten sojusz z pastorem Falwellem. I tak pozostaje do dziś. A że nie doszło do porozumienia pokojowego, to jest też sprawa Palestyńczyków. Niektórzy z nich żałują, że w latach 1947–1948 nie zgodzili się na istnienie dwóch państw obok siebie – żydowskiego i palestyńskiego. Zamiast tego świat arabski przyjął postawę: wszystko albo nic.

Prezydent Truman, uznając Państwo Izrael, nie krył, że kierował się Biblią. Czy również dla Pana to, co dzieje się wokół Izraela, to część spełniających się proroctw?

Jestem syjonistą i chrześcijaninem, jednak należę do innego nurtu – prezbiterianizmu. Wierzę, że Izrael jest spełnieniem porywających marzeń i nadziei. Ludzkich marzeń i nadziei. Sam nie myślę w kategoriach proroctw. Nie mam jednak problemu z działaniem syjonistów chrześcijańskich. Każdy naród ma prawo do swoich sympatii. To nic dziwnego, że wśród tylu Amerykanów Izrael cieszy się sympatią.

Ameryka broni jednak Izraela bez względu na wszystko, więc to chyba coś więcej niż sympatia.

Tak, i po tym widać, że chodzi o coś innego niż tylko o polityczną rachubę. To raczej wpływ marksizmu sprawia, że z naszych rozważań o relacjach międzynarodowych wykluczamy kulturę i religię. Że zakładamy, iż wszyscy kierują się interesami politycznymi i ekonomicznymi. Gdyby chodziło tylko o kasę, to Ameryka paktowałaby tylko z Arabami i muzułmanami. Ich jest kilkaset milionów na Bliskim Wschodzie, a Żydów tylko kilka milionów na małym terytorium. Najwyraźniej chodzi o coś innego. O tożsamość, która jest nierozerwalnie związana ze znajomością Biblii, w tym także Starego Testamentu. Zauważmy, że europejski romantyzm w XIX w. miał dosłownie świra na punkcie rodzącej się nowożytnej Grecji – chodziło o powrót do starożytności, do Aten jako symbolu europejskiego dziedzictwa. Podobnie jest z Jerozolimą i Izraelem dla Amerykanów. Takich, którzy czytają Biblię, a zwłaszcza Stary Testament, jest w Europie mniej niż w USA – więc nic dziwnego, że polityczne podejścia do Izraela są inne. Syjonizm jest częścią tożsamości amerykańskiej – i polityka zagraniczna jest uwarunkowana wewnętrznie. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |