Twoja moja wina

Próba ustalenia, kto jest winny kolejnego wybuchu konfliktu izraelsko-palestyńskiego, przypomina śledztwo w sprawie bójki między młodszym rodzeństwem: każdy ma trochę racji, wersja każdego brzmi prawdopodobnie. Winnego brak, same ofiary. Czy to oznacza, że dotarcie do prawdy jest niemożliwe?

Każdy, kto choć raz próbował dojść tego, kto zaczął kłótnię czy bójkę między regularnie wojującymi ze sobą dziećmi, wie, że to próba karkołomna. Wina jest zawsze jego (jej), a każdy z oskarżających, trzęsący się z emocji, jest równie przekonujący co oponent. Oczywiście wnikliwe śledztwo rodzica jest w stanie wykazać, kto tym razem zaczął, ale czy to oznacza, że druga strona, ta „mniej winna”, jest wyłącznie ofiarą? Trudno oprzeć się wrażeniu, że z podobną sytuacją mamy do czynienia za każdym razem, gdy z nową siłą odzywa się ciągle żywy konflikt izraelsko-palestyński. Z jedną co najmniej różnicą: o ile w przypadku skłóconych dzieci rodzic najczęściej próbuje wysłuchać racji każdej strony, o tyle tutaj każda strona ma swoich sekundantów, którzy nie starają się nawet wziąć pod uwagę tego, że źródła konfliktu są bardziej złożone, niż przedstawia to ich faworyt. Taka już natura prawdziwej wojny – a to jest wojna. Choć zupełnie inna niż wszystkie znane wojny.

Nie tylko polityka

Podstawowa trudność z konfliktem izraelsko-palestyńskim polega na tym, że tak jak nie da się o nim mówić wyłącznie w kategoriach politycznych i etnicznych, z pominięciem religii, wymiaru duchowego, tak nie można religią i wymiarem duchowym tłumaczyć i usprawiedliwiać wszelkich aktów politycznych i militarnych. O ile pierwszy błąd popełniają często analitycy polityczni, dwojąc się i trojąc w rozkładaniu na czynniki pierwsze okoliczności wewnętrznych i zewnętrznych (choć to ważne dla zrozumienia kontekstu), o tyle drugi błąd, ocierający się nieraz o fideizm, popełniają zaangażowani w odnowę (konieczną, choć niedocenianą) myślenia o roli Izraela i Żydów w nieskończonej przecież jeszcze historii zbawienia. W pierwszym przypadku mamy do czynienia z redukcjonizmem, który nie pozwala zrozumieć duchowej strony tej walki, w drugim zaś – wszystko jest interpretowane w tym kluczu, niezależnie od tego, czy Izrael tylko się broni przed agresją Arabów, jak to miało miejsce obecnie, gdy na izraelskie miasta poleciały setki pocisków Hamasu, przechwyconych w większości przez izraelską obronę antyrakietową, czy może akurat niepotrzebnie prowokuje nadmierną pewnością siebie, co widać zwłaszcza przy rozbudowie osiedli żydowskich na Zachodnim Brzegu czy przemarszach z flagami Izraela przez dzielnice arabskie, jak to miało miejsce teraz, podczas Dnia Jerozolimy, który zbiegł się z końcem ramadanu u muzułmanów…

Czyja Jerozolima?

Trudność w ustaleniu, kto jest winny, a kto jest ofiarą, polega też na tym, że obie strony wychodzą ze skrajnie odmiennych przekonań. Palestyńczycy są święcie przekonani, że Żydzi nie mają prawa mieszkać na tych ziemiach, a już na pewno, że nie mają prawa tą ziemią zarządzać. Żydzi z kolei wychodzą z przekonania, że te ziemie nie tylko im się należą, ale mogą należeć wyłącznie do nich. Stąd przyjęta jakiś czas temu ustawa, która definiuje Państwo Izrael jako państwo narodu żydowskiego. To przecież łączy się z kolejną kwestią: Jerozolima dla Żydów jest odwieczną stolicą, z kolei Palestyńczycy chcą z niej (lub co najmniej z jej wschodniej części) uczynić stolicę swojego państwa, na powstanie którego nie zgadzają się jednak Izraelczycy. Tu oczywiście też nie ma jednomyślności: w izraelskiej prasie regularnie spotykam się z głosami, które wzywają władze izraelskie do zrobienia kroku w tył w sprawach, w których jest to możliwe bez utraty niepodległości i bezpieczeństwa. Takim krokiem w tył byłoby wycofanie się z rozbudowy osiedli na Zachodnim Brzegu i tym samym rezygnacja z eksmisji palestyńskich rodzin. Wprawdzie Żydzi powołują się na to, że ziemie te zostały zakupione przez nich w XIX wieku, a potem Jordańczycy wysiedlili ich, sprowadzając Palestyńczyków, ale w tym samym czasie Żydzi wysiedlali Palestyńczyków z innych zajmowanych przez siebie ziem…

Konflikt nierozstrzygalny bez zrobienia kroku w tył przez każdą ze stron. Palestyńczycy musieliby zbojkotować Hamas, którego stali się zakładnikami i pośrednio ofiarami, na który ciągle jednak masowo głosują. Izraelczycy musieliby zrezygnować z takich prowokacji, jaką było wtargnięcie policji do meczetu w czasie piątkowych modłów i wrzucenie granatów z gazem łzawiącym. Ale i Palestyńczycy musieliby zrezygnować z takich prowokacji jak obrzucanie policjantów kamieniami i petardami, które wcześniej… zgromadzili w meczecie.

Pokaz siły czy obrona?

Państwo Izrael, aby przetrwać, musiało stoczyć kilka wojen. Było prowokowane i najeżdżane przez otaczających je wrogów. Wojny, choć miały charakter obronny, kończyły się kolejnymi zdobyczami terytorialnymi Izraela. Dziś Państwo Izrael jest regionalnym mocarstwem. Wystrzeliwane na oślep pociski Hamasu wymagały zdecydowanej reakcji obronnej. Światowe media pokazywały niemal wyłącznie palestyńskie ofiary izraelskich nalotów – tych ofiar „było więcej niż po stronie izraelskiej” – powtarzano na okrągło. Czy ktoś policzył, ile mogło być ofiar, gdyby Izrael nie dysponował tzw. Żelazną Kopułą, która przechwyciła większość rakiet Hamasu? Czy ktoś wspomniał o tym, że Izrael przed wysłaniem właściwego pocisku na palestyńskie budynki wysyła najpierw pocisk ostrzegający, który nie wybucha, ale daje 15 minut na ewakuację cywilów?

To wszystko oczywiście nie zmienia faktu, że dzisiejszy, silny Izrael ulega często pokusie demonstracji swojej siły tam, gdzie to już nie jest konieczne – jak na przykład w przypadku nieszczęsnych osiedli na Zachodnim Brzegu czy wysyłania rakiet, które jednak zabijają przede wszystkim cywilów. I wiele wskazuje na to, że ten proces będzie się pogłębiał, bo partie reprezentujące silnie nacjonalistyczny kierunek mają zdecydowaną większość. Między nimi zresztą odbywa się licytacja, kto jest w tym bardziej radykalny, i to też mogło być przyczyną wybuchu obecnego konfliktu – zamieszki pojawiły się akurat dwa dni po tym, jak Binjamin Netanjahu kolejny raz nie zdołał zebrać większości w Knesecie; w efekcie próbuje to zrobić jego prawicowy konkurent. Jeśli i jemu się nie uda – odbędą się piąte w ciągu dwóch lat wybory.

Nie ma oczywiście dowodów na ingerencję służb specjalnych, ale na pewno eskalacja konfliktu jest na rękę Netanjahu. To wszystko powinniśmy brać pod uwagę, zanim albo oflagujemy się barwami Izraela (dotyczy filosemitów), wyrażając bezkrytyczne poparcie dla wszelkich działań jego władz, albo potępimy Izrael (dotyczy antysemitów) za to, że mimo wszystko broni swojego terytorium.

Więcej niż religia

A gdzie w tym wszystkim wspomniany wcześniej „wymiar duchowy”?

Od paru lat próbuję zrozumieć, z pomocą osób mających lepsze rozeznanie w temacie, naturę tego procesu powrotu Żydów do ziemi, danej im przez Boga, procesu zapoczątkowanego przecież przez niewierzących Żydów, którzy dominowali w ruchu syjonistycznym; projektu, który wydawał się po ludzku całkowicie niemożliwy do zrealizowania. Procesom politycznym i społecznym towarzyszyło z jednej strony przebudzenie wśród chrześcijan, odkrywających na nowo rolę narodu (nieodwołalnie) wybranego, z drugiej – dynamiczny rozwój środowisk Żydów mesjańskich, odkrywających obiecanego Mesjasza w Jezusie z Nazaretu. Dziesiątki rozmów, konferencji, lektur, odkrywanie na nowo tego, co Biblia, a za nią Kościół katolicki i inne Kościoły mówią o roli Izraela i Żydów, utwierdziły mnie w przekonaniu, że to jedna z kluczowych dla tożsamości każdego chrześcijanina kwestii.

Czy to oznacza, że spory o ziemię i wymianę ognia można mieszać z toczącą się równolegle rzeczywistością duchową? Czy jedna sfera jest nośnikiem drugiej? Czy jest tak, jak akcentują to zwłaszcza środowiska ewangelikanych chrześcijan ze Stanów Zjednoczonych (ale również część katolickich środowisk charyzmatycznych), że wszystko, co pozwala rosnąć w siłę Izraelowi również w sensie politycznym i militarnym, jest wypełnieniem się obietnic zawartych w Biblii?

Trudno zignorować to, co w tych przekonaniach jest prorockim rozeznaniem, ale jednocześnie trzeba przyznać, że jest w tym kierunku wiele pułapek i niebezpieczeństw. Błogosławienie narodowi Izraela łatwo może przerodzić się w popieranie wszystkiego, co aktualne władze izraelskie robią. Widać to zwłaszcza w mediach społecznościowych, gdzie środowiska bliskie ewangelikalnym chrześcijanom jednoznacznie opowiadają się za Izraelem w każdym konflikcie, niezależnie od środków stosowanych przez izraelskie władze, ignorując również fakt, że konflikty są nieraz sprowokowane przez stronę izraelską. Umiłowanie narodu wybranego nie oznacza bezkrytycznego patrzenia na jego dzieje i postępowanie – byłoby to zresztą zupełnie niebiblijne, bo Biblia przecież pokazuje naród żydowski z krwi i kości.

Często wracam do słów, jakie kiedyś usłyszałem w Jerozolimie od Eyala Friedmana, Żyda mesjańskiego: – Izraelici nie są najpiękniejsi, najbardziej utalentowani i najbardziej moralni – i to duży kłopot dla innych, żeby ich zaakceptować. Kiedy czytasz Biblię, widzisz, jak bardzo grzeszni jesteśmy. Trudno jest nas kochać. Ale to jest wyzwanie, jakie Bóg stawia przed narodami, jakby mówił: „Ja kocham ten naród, czy macie wolę kochać ich w ten sam sposób?”. Kiedy widzę, że są ludzie, którzy autentycznie kochają Izrael, myślę o dwóch opcjach: albo Bóg dał im jakąś nadzwyczajną łaskę, albo oni tak naprawdę nie znają Żydów – dodawał ze śmiechem Eyal Friedman.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg