Dzieci gorszego Allaha

Nim Gniezno postawiło pierwszy krzyż, w syryjskim Damaszku od wieków śpiewano pieśni wielkanocne. Teraz jednej z najstarszych wspólnot chrześcijańskich na świecie grozi wygnanie.

Reklama

W objętych rewoltą syryjskich miastach na murach domów pojawia się hasło: „Chrześcijanie do Bejrutu, alawici do grobu!”. Częściowo oddaje ono klimat napięcia pomiędzy sunnicką większością a mniejszościami, w tym chrześcijańską i alawicką. Alawici to sekta wyrosła w łonie islamu szyickiego, więc ortodoksyjni muzułmanie uważają ją za heretycką. Ale to właśnie alawici, będący kilkunastoporcentową mniejszością, od ponad 40 lat sprawują rządy w Syrii. Alawitą jest prezydent Baszar Al-Assad (podobnie, jak był nim jego ojciec Hafez), większość najwyższych stanowisk w armii i służbach bezpieczeństwa zajmują również alawici. Stąd też zawołanie „Alawici do grobu!” jest symbolem sprzeciwu wobec reżimu, który w ostatnich miesiącach pokazał swoją prawdziwą twarz, zabijając tysiące ludzi. A co w tym „znienawidzonym” przez rewolucjonistów towarzystwie robią chrześcijanie?

I dlaczego, mimo niechęci, nikt ich nie chce wysyłać z alawitami do grobu, tylko co najwyżej wygnać do sąsiedniego Libanu?

Krzyże wśród minaretów

W Syrii byłem cztery lata temu. Z góry Kasjun, należącej do pasma górskiego Antylibanu, rozciąga się imponujący widok na Damaszek – najstarsze miasto świata. A przynajmniej najdłużej zamieszkiwane. Zielone kopuły meczetów i strzeliste minarety wyraźnie dominują w tym krajobrazie. Gdy noc jeszcze nie ustępuje porankowi, po mieście rozlega się przenikliwy głos muezina: „Modlitwa jest lepsza niż sen”. Brzmi trochę cynicznie w mieście, gdzie do 3 w nocy klaksony samochodów nie pozwalają zmrużyć oczu.

Meczety to jednak niepełny obraz tego miejsca. Pomiędzy nimi można dostrzec również liczne kościoły. Niektóre z nich pamiętają pierwsze wieki po Chrystusie. Nie tylko w Damaszku. W Maalula, wiosce położonej 1700 m n.p.m., w konwencie św. Sergiusza znajduje się mała świątynia z III lub IV wieku. W wiosce do dziś w rodzinach mówi się po aramejsku, w języku, którego używał Jezus. Kilkadziesiąt kilometrów stąd w Seidnaya znajduje się największe na Bliskim Wschodzie sanktuarium maryjne. Pielgrzymują tu zarówno chrześcijanie wszystkich obrządków i wyznań, jak i muzułmanie. W Syrii do dziś mieszkają potomkowie pierwszych chrześcijan: przecież to tutaj powstały najstarsze (po Jerozolimie) wspólnoty chrześcijańskie, w Antiochii Syryjskiej (należącej dziś do Turcji, choć Syria na swoich mapach tego nie uwzględnia) po raz pierwszy nazwano uczniów Jezusa chrześcijanami. Są tutaj zarówno wspólnoty obrządków prawosławnych, jak i wschodnie Kościoły pozostające w jedności z Rzymem. W sumie ok. 10–12 proc. społeczeństwa syryjskiego modli się słowami „Ojcze nasz”. I wypowiadając słowo Allah, mają na myśli Boga w Trójcy Jedynego (arabskie słowo Allah oznacza Boga, tak jak angielskie God czy francuskie Dieu, i nie jest zarezerwowane, wbrew powszechnemu za Zachodzie przekonaniu, dla islamu).

Jak piątek z niedzielą

Do niedawna Syria była jednym z nielicznych w tej części świata przykładem w miarę zgodnego współżycia muzułmanów i chrześcijan. W pewnym sensie była to zgoda odgórnie regulowana. Rządzący krajem alawici przedstawiali siebie jako gwarantów bezpieczeństwa innych mniejszości, w tym chrześcijan, walcząc z radykalnymi ugrupowaniami islamskimi. Kilkanaście wyznań cieszyło się stosunkowo dużą wolnością religijną. Niedziela w krajach muzułmańskich jest normalnym dniem roboczym. Wolny jest piątek. W niedzielę zatem pracują wszystkie urzędy państwowe. W Damaszku poznałem pewną chrześcijankę, która pracowała w ministerstwie kultury. Od niej dowiedziałem się, że chrześcijanie pracujący w rządowych instytucjach mają prawnie zagwarantowane dwie godziny wolnego w niedzielę, żeby mogli uczestniczyć w liturgii w kościele. Rzecz nie do pomyślenia np. w Arabii Saudyjskiej, gdzie według surowego prawa wahabickiego zakazane jest w ogóle wyznawanie innej religii niż islam. W Syrii natomiast muzułmanie z chrześcijanami prowadzili swoisty „biznes” związany z „wymianą” piątku na niedzielę. Polega to na tym, że sklepy w dzielnicy chrześcijańskiej są okupowane przez muzułmanów w piątek, kiedy „u nich” wszystko jest pozamykane. W tym czasie chrześcijańscy właściciele normalnie pracują. W niedzielę następuje wymiana i chrześcijanie… szturmują sklepy w dzielnicach muzułmańskich.

Chrześcijanie w Syrii należą do najlepiej wykształconych i zajmujących wysokie stanowiska w państwie. Jednocześnie presja prawa i kultury islamskiej jest wyraźna i stawia obie społeczności w nierównej pozycji, na korzyść muzułmanów.

– Muzułmanin może ożenić się z chrześcijanką, a ona może pozostać przy religii chrześcijańskiej, ale pozbawiona jest wówczas wszel-
kiej możliwości dziedziczenia – mówi o. Zygmunt Kwiatkowski, jezuita, pracujący od 30 lat w Syrii. – Stąd olbrzymia presja konwersji na islam. Tymczasem gdyby chrześcijanin chciał się ożenić z muzułmanką, wymóg prawa jest jasny i drastyczny: musi przejść na islam – dodaje jezuita.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama