Ramadan przemocy

Coraz bardziej tracący teren w Iraku i Syrii terroryści Państwa Islamskiego są mocno zainteresowani otwarciem swego kalifatu w Azji. Idealnym miejscem ekspansji zdaje się filipińskie Mindanao. Na tej wyspie właśnie rozgrywa się kolejny dramat z udziałem chrześcijan.

Reklama

Uzbrojeni po zęby islamiści wyważyli drzwi katedry w Marawi i uprowadzili grupkę modlących się tam wiernych, którzy odmawiali nowennę do Matki Bożej Wspomożycielki Wiernych, patronki tej prałatury terytorialnej. Jej wspomnienie przypadało następnego dnia, tak samo jak i początek ramadanu, świętego dla muzułmanów miesiąca postu. Po drodze zastrzelili 9 osób, które nie potrafiły sprostać ich żądaniu o wyrecytowanie wersetów Koranu. Na znak przejęcia władzy w mieście, na wzór irackiego Mosulu, zawiesili czarne flagi z symbolami Państwa Islamskiego. Zaczęli niszczyć krzyże i figury świętych. Terror wzmógł się jeszcze bardziej po tym, jak z dymem puścili katedrę, miejscowe biskupstwo, kilka szkół i prywatnych domów, a z miejscowego więzienia wypuścili na wolność skazanych. Nowy porządek stał się faktem, a przerażeni ludzie pozamykali się ze strachu w domach.

Islamiści od razu uprowadzili wikariusza generalnego ks. Teresito Soganubę i 15 wiernych, w tym siostry zakonne. Po tygodniu mają w swych rękach około 200 zakładników. Jak mówią rządowe źródła, w większości chrześcijan. Na wieść o porwaniu prezydent Filipin wprowadził na całej wyspie stan wyjątkowy, a wojsko rządowe przystąpiło do ofensywy. Okazała się ona dużo trudniejsza niż początkowo przypuszczano i po tygodniu walk, gdy zamykamy ten numer „Gościa”, Marawi wciąż jest w rękach terrorystów grożących, że zetną przetrzymywanych chrześcijan, jeśli wojsko nie odstąpi od ataku. Bilans zabitych i tak już jest tragiczny. Mówi się o 174 ofiarach.

Wyspa strachu

Mindanao, o powierzchni jednej trzeciej terytorium Polski, jest drugą co do wielkości wyspą Filipin i jedną z najbogatszych w surowce w archipelagu. Ukształtowanie terenu zdaje się sprzyjać terrorystom. Pokrywające wyspę zalesione góry są doskonałą kryjówką dla ich baz. Niebezpiecznie jest też przy samym morzu. Od wielu lat muzułmańscy rebelianci utrzymują się w znacznej mierze z okupów płaconych przez rodziny uprowadzonych. Porywacze mogą szybko oddalić się łódką na którąś z tysięcy wysepek wokół Mindanano i ślad po nich ginie. Najbardziej niebezpiecznie jest na półwyspie Zamboanga, leżącym nad zatoką Moro, co w lokalnym języku oznacza muzułmanów. Cztery lata temu islamiści próbowali przejąć to miasto w podobny jak obecnie sposób. Polało się wówczas wiele krwi. Właśnie na południu wyspy znajduje się największe skupisko wyznawców islamu. Krzyże na kościelnych wieżach ustępują tam miejsca półksiężycowi wzbijającemu się w niebo z minaretów. „Biali” rzadko tam się zapuszczają, ponieważ grozi im porwanie dla okupu i wiele innych niebezpieczeństw. Właśnie w tej części wyspy narodziły się ruchy mające doprowadzić do utworzenia na Mindanano suwerennego państwa muzułmańskiego z obowiązującym wszystkich mieszkańców prawem szariatu. Z tego powodu, poczynając od 1969 roku, kiedy to rozpoczęły się pierwsze „walki wolnościowe”, zginęło 150 tys. ludzi. Ponad 2 mln musiało opuścić domy. Jednak historycznie to nie Zamboanga, tylko Marawi było siedzibą islamskiego kalifatu rządzonego przez sułtana. To historyczny bastion islamu, miasto symbol. Nie tak łatwo je oddadzą. Islamiści przypominają, że chrześcijańscy misjonarze dotarli tam dopiero pod koniec XIX wieku. Stąd też utworzenie tam teraz kalifatu Państwa Islamskiego demonstrowałoby ich zwycięstwo nad niewiernymi, jak mówią o wyznawcach Chrystusa.

– Początkowo myślano, że do ataku na katedrę w Marawi i uprowadzenia modlących się w niej wiernych doszło po tym, jak wojska rządowe zbombardowały kryjówkę Isnilona Hapilona, dowódcy grupy bojowników Abu Sayyaf, który zadeklarował przyłączenie się do Państwa Islamskiego. Znajduje się on na liście najbardziej poszukiwanych terrorystów na świecie. Za informację, która doprowadziłaby do jego aresztowania, Stany Zjednoczone wyznaczyły nagrodę 5 mln dolarów. Dokumenty znalezione przez wojska rządowe w czasie ofensywy na to miasto świadczą jednak o tym, że atak 500-osobowego oddziału rebeliantów z Maute został zaplanowany dużo wcześniej. W szeregach dżihadystów są także obcokrajowcy, m.in. z Malezji, Indonezji, Turcji, Jemenu, a nawet Indii – podkreśla pracujący na tej filipińskiej wyspie ks. Dariusz Drzewiecki. Polski marianin mówi o wielkim eksodusie z Marawi. Miasto zamieszkiwane było przez 200 tys. ludzi, głównie muzułmanów. Obecnie została tam tylko garstka. Uciekinierzy chronią się u rodzin lub w specjalnych obozach dla uchodźców otwieranych przez państwo. – Na punktach kontrolnych żołnierze i policja mają zdjęcia tych terrorystów, których dotąd udało się zidentyfikować, i próbują ich wyłapać. Wprowadzono też nadzwyczajne środki bezpieczeństwa. Na przykład miasto Iligan City, które znajduje się ok. 38 km od Marawi, zostało już całkowicie zamknięte dla obcych z obawy, że i tam też może dojść do podobnego powstania – zaznacza ks. Drzewiecki. Misjonarz zaświadcza także o tym, że w oblężonym mieście trwa polowanie na chrześcijan. – Uchodźcy opowiadają też o jednym z muzułmanów, który został zamordowany za to, że próbował w czasie ucieczki nauczyć chrześcijan muzułmańskiej modlitwy. Gdy wyszło to na jaw, zabili go strzałem w głowę, a na ciele powiesili kartkę, że zdradził swoją wiarę, ku przestrodze dla innych. Opowiadała o tym jedna z muzułmanek, która była świadkiem zdarzenia – podkreśla ks. Drzewiecki. Napadając na szpital, islamiści wymordowali kierowców karetek. W czasie chwilowego zawieszenia broni, które miało pomóc w wyprowadzeniu cywilów z miasta, islamscy snajperzy z zimną krwią strzelali do uchodzących ludzi.

Żywe tarcze z chrześcijan

– Wojsko walczy od drzwi do drzwi o oswobodzenie miasta i w ogóle nie zamierza negocjować z terrorystami. Obawiamy się najgorszego. To są brutalni ekstremiści. Zupełnie nie wiemy, co zamierzają. Jesteśmy w rękach Boga – mówi bp De la Peña, kierujący tamtejszą prałaturą personalną. Dodaje, że zakładnicy mogą być również wykorzystywani przez islamistów jako żywe tarcze. Filipińscy biskupi apelują do zwierzchników muzułmańskich, by wpłynęli na islamistów i skłonili ich do uwolnienia niewinnych zakładników. – Jest wolą Boga, aby ludzie niewinni byli bezpieczni. Nie może być tak, że już w punkcie wyjścia założymy, że ceną za oswobodzenie miasta będzie życie jakiejś grupy niewinnych cywilów – podkreślił kard. Orlando Beltran Quevedo. Pracujący od 40 lat w tym regionie włoski misjonarz ks. Sebastiano D’Ambra zauważa, że sytuacja rozwija się w bardzo niebezpiecznym kierunku. W ostatnich latach muzułmanie na Filipinach nawiązali kontakty z Bliskim Wschodem, w tym z Arabią Saudyjską. Płyną stamtąd ogromne środki finansowe i radykalna indoktrynacja. – Najbardziej niepokojące jest to, że islamiści zjednali sobie sympatię miejscowej ludności. Nie wiemy, w jaki sposób to się stało, czy to na skutek ideologicznej indoktrynacji, a może po prostu metodą zastraszania. Marawi jest więc uznawane obecnie za miasto islamistyczne. Muzułmanie stanowią 98 proc. mieszkańców. Teraz w myśl swej diabelskiej logiki chcą tu ustanowić prowincję kalifatu tzw. Państwa Islamskiego – mówi misjonarz. – Obawiam się, że nawet jeśli w najbliższych dniach uda się przywrócić spokój, to jednak te ugrupowania, które utożsamiają się z Państwem Islamskim i które mają jasną wizję i dysponują ogromnymi środkami finansowymi, nadal będą prowadzić swą walkę – podkreśla ks. D’Ambra. 

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wybrane dla Ciebie

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama