Mściciele z maczetami

Z północy na południe i z południa na północ częściej od żywych ludzi podróżują trumny, bo imigranci pragną zwykle być pochowani w rodzinnej miejscowości. Gdy po masakrach trumny tłumnie przyjeżdżają na cmentarze, pogrzeb płynnie przechodzi w zemstę.

Podczas zamieszek w Nigerii napastnicy posługują się maczetami, pałkami. Na zdjęciu: skonfiskowany "arsenał" bojówek   Jon Gambrell/Agencja Gazeta AP Photos Podczas zamieszek w Nigerii napastnicy posługują się maczetami, pałkami. Na zdjęciu: skonfiskowany "arsenał" bojówek Zamieszki pomiędzy chrześcijanami i muzułmanami wstrząsają ostatnio Nigerią. Agencje informują o setkach ofiar zamordowanych maczetami. W marcu do tragedii doszło w pobliżu miasta Jos.
„Jos” jest prawdopodobnie zniekształceniem dawniejszej nazwy Gwosh, ale licznie przybywający tu w czasach panowania brytyjskiego anglojęzyczni misjonarze i biali osadnicy chętnie widzieli w tym akronim od słów „Jesus Our Saviour” (Jezus Naszym Zbawcą).

Półmilionowe miasto, stolica stanu Plateau, położone niemal w środku skrajnie wieloetnicznej i niemal dokładnie na pół podzielonej religijnie Nigerii, było wręcz symbolem narodowej zgody i rodzajem zaczynu tworzenia wspólnej, nigeryjskiej tożsamości. To niedaleko stąd, w środkowym pasie kraju, między islamską Północą i chrześcijańskim Południem, na terenach niezdominowanych przez wielkie ludy Nigerii, gdzie żadna grupa wyznaniowa nie ma zdecydowanej przewagi, ustanowiono też przecież w 1991 r. nową stolicę kraju – Abudżę. To tu nigeryjska niepodległość, naznaczona u narodzin wyjątkowo morderczą wojną o Biafrę (1967–1970), miała – po stłumieniu separatyzmu bogatej w ropę naftową Delty Nigru – zacząć od nowa, po raz drugi i lepiej. Niestety, różnorodność „środka” chyba ułatwia tylko polaryzację stanowisk.

Pasterze kontra rolnicy
Dokładnie we wrześniu 2001 r., gdy w Nowym Jorku i Waszyngtonie porwane przez islamistów samoloty naznaczały początek XXI wieku, wbijając się w wieże World Trade Center i w Pentagon, w Jos trwały właśnie chrześcijańsko-muzułmańskie zamieszki, podobne do tych, jakie powtórzyły się i w obecnym roku. Zginęło wtedy około tysiąca ludzi, ale – nie czarujmy się – nawet ofiary idące w tysiące są liczone odmiennie w USA i Nigerii, więc tamte wydarzenia mało kto już pamięta. Szukanie winnych nie prowadzi w Nigerii do prostych konkluzji.

W ostatniej, marcowej fali masakr (500 zabitych według rządu i 109 według lokalnej policji) ofiarami byli chrześcijanie z miejscowości Dogo Nahawa, ale w styczniu w tej samej okolicy padło trupem w podobny sposób co najmniej 200 muzułmanów. Znamienny jest fakt, iż prawdopodobnie wszyscy zabici po chrześcijańskiej stronie należą do stosunkowo nielicznego ludu Berom, podczas gdy ofiary muzułmańskie to Fulanie/ Hausa – a więc członkowie wielkiej społeczności dominującej w północnej Nigerii i licznie reprezentowanej także w sąsiednich krajach. W ten sposób religijny wymiar konfliktu jest dodatkowo wzmocniony podziałem etnicznym.

Nie koniec na tym. Fulanie są tradycyjnie pasterzami bydła, koczownikami. Choć wielu zmieniło już styl życia, przechowują tradycję o tym wyjątkowo szczytnym w afrykańskiej hierarchii wartości zajęciu, jak u nas potomkowie szlachty, choćby i mieszkający w blokach. Z kolei nawrócone na chrześcijaństwo ludy Południa i Środka to rolnicy uprawiający ziemię. Pasterze, smukli i wysocy, o jaśniejszym odcieniu skóry, są urodzonymi wojownikami. Nie tylko we własnym pojęciu są stworzeni do panowania. Krowy są dla nich wszystkim – dla znalezienia im dobrych pastwisk nie wahają się wtargnąć na tereny rolników.
Jeden z ocalonych z masakry opowiadał w nigeryjskiej telewizji, jak napastnicy o świcie chodzili po domach, pytając po fulańsku: „Nage?” (krowa). Pracował kiedyś na Północy, więc przytomnie odpowiedział w ich języku i przeżył. Podobna linia podziału napędza odwieczne spory między ludami Darfuru, Ruandy i Burundi czy Kenii. Różnice wyznaniowe tylko wzmacniają ten podział, ale – jak dowodzi przykład Tutsi i Hutu – wcale nie są do jatki konieczne. Jednak wczesna islamizacja północnej Nigerii (przełom XVI i XVII w.) i wykształcenie na tej bazie organizacji państwowej (kalifat Sokoto) dało muzułmanom kolejny „bonus”.

Zająwszy pod koniec XIX w. tereny Sokoto, brytyjscy kolonizatorzy docenili zalety muzułmańskiej cywilizacji. W przeciwieństwie do Francuzów, którzy, uznając niedojrzałość polityczną podbijanych ludów, postanowili tworzyć swoje struktury władzy od podstaw i o zdecydowanie świeckim charakterze, Brytyjczycy podtrzymali istniejące struktury kalifatu (redukując, co prawda, status jego władcy do poziomu emira – księcia). Angielscy kolonizatorzy założyli też szkołę kształcenia kadr dla kolonialnej administracji w Katsinie, a potem w Kadunie, co zapewniło dotychczasowej elicie „miękkie przejście” do nowego porządku. Co więcej, Anglicy korzystali z wykształconych tam muzułmanów do obsadzania stanowisk w administracji na terenach „pogańskiego” i chrystianizowanego środka. Muzułmanie do dziś korzystają z tej dłuższej, nieprzerwanej tradycji doświadczenia politycznego.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja