Bliscy i oddaleni

Izrael i Polskę łączy zbyt wiele, by niszczyć to wzajemnym niezrozumieniem i oskarżeniami. Czy jesteśmy skazani na kolejne odsłony sporu o historię i o współczesne radzenie sobie z balastem przeszłości?

Trzy lata temu spór w sprawie ustawy o IPN wywołał taki kryzys we wzajemnych relacjach, że trudno było sobie wyobrazić, iż może być gorzej. Tymczasem mamy kolejną odsłonę konfliktu, tym razem o nowelizację Kodeksu postępowania administracyjnego. Na razie według uchwalonych przez Sejm przepisów po upływie 30 lat od wydania decyzji administracyjnej niemożliwe będzie wszczęcie postępowania w celu jej zakwestionowania, np. w sprawie odebranego przed laty mienia. Z punktu widzenia Polski nowelizacja ma chronić m.in. lokatorów przed dziką reprywatyzacją. Z punktu widzenia Izraela – „uniemożliwi zwrot mienia żydowskiego lub ubieganie się o rekompensatę za nie ocalonym z Zagłady i ich potomkom oraz społeczności żydowskiej, dla których Polska przez stulecia była domem” (oświadczenie o takiej treści wystosowała Ambasada Państwa Izrael w Warszawie). To prawda, Polacy mogą zrobić jeszcze więcej, by lepiej rozumieć żydowską wrażliwość na wszystko, co może kojarzyć się z historycznymi krzywdami. Ale mamy też prawo oczekiwać od Żydów wzajemności. I przede wszystkim – akceptacji faktu, że suwerenne państwo ma prawo decydować samodzielnie o kształcie ustaw, zwłaszcza chroniących swoich obywateli.

Ludzie bezdomni

Polskiego ustawodawcę do nowelizacji Kodeksu postępowania administracyjnego zobowiązywał wyrok Trybunału Konstytucyjnego z maja 2015 r. Trybunał uznał wówczas za niekonstytucyjny przepis pozwalający na orzekanie o nieważności decyzji wydanej z rażącym naruszeniem prawa nawet kilkadziesiąt lat po tej decyzji. Po nowelizacji kodeksu pojawił się zapis, że jeśli od dnia doręczenia lub ogłoszenia decyzji upłynęło 30 lat, nie będzie możliwe wszczęcie postępowania w sprawie stwierdzenia jej nieważności. Nie da się zrozumieć intencji autorów tej zmiany w prawie (podkreślmy – wymuszonej również przez wyrok TK) bez przypomnienia bulwersującego procederu wywłaszczania i wyrzucania ludzi z mieszkań w budynkach, które przed wojną należały do rodzin żydowskich, ale – po pierwsze – zniszczyli je Niemcy i – po drugie – po wojnie zostały wprawdzie odbudowane, lecz także znacjonalizowane przez władze komunistyczne. Dzika reprywatyzacja, której ma zapobiec nowelizacja kodeksu, doprowadziła do tragedii wielu mieszkańców warszawskich kamienic. Sztandarowa w tej sprawie stała się tragiczna historia Jolanty Brzeskiej, działaczki społecznej, która angażowała się w walkę z eksmisjami i została spalona w 2011 roku w niewyjaśnionych do końca okolicznościach.

Okazja do nadużyć

Co istotne – postać Jolanty Brzeskiej przypomniał w ostatnich dniach izraelski dziennik „Ha-Arec”, który wziął w obronę stanowisko polskiego rządu. Autor tekstu uświadomił czytelnikom, że długi czas, jaki minął od wojny, stworzył „podatny grunt dla korupcji i uwikłania podejrzanych grup, także kryminalnych, które wykorzystywały biurokrację dla swoich korzyści i przejmowały majątki, które przed wojną należały do Żydów lub innych właścicieli, a potem zostały znacjonalizowane”. Izraelska gazeta przytacza również dane polskiego rządu, „potwierdzone w raporcie Departamentu Stanu USA, opublikowanym w zeszłym roku, od upadku reżimu komunistycznego w 1989 roku”, według których „Polska wypłaciła około 2,3 mld dolarów odszkodowania za mienie zrabowane osobom prywatnym podczas rządów nazistowskich i komunistycznych”. I ważna uwaga autora: pieniądze wypłacono, chociaż nie wiadomo, ilu z beneficjentów odszkodowań było rzeczywiście Żydami. „Przeciętny Polak na wsi lub w mieście słusznie zadaje sobie pytanie, dlaczego z jego podatków ma pochodzić odszkodowanie za zbrodnie popełnione przez inny kraj, Niemcy, dziesiątki lat przed jego narodzinami. Za zbrodnie, których ofiarami byli także Polacy nie będący Żydami”.

Czyje prawo

Takie głosy po stronie izraelskiej brzmią zupełnie inaczej niż oficjalne wypowiedzi izraelskiego rządu. Minister spraw zagranicznych Izraela Jair Lapid oświadczył na Twitterze: „Nie mam zamiaru milczeć w obliczu tego prawa. To bezpośrednie i bolesne pogwałcenie praw ocalałych z Holokaustu i ich potomków. To nie pierwszy raz, kiedy Polacy próbują zaprzeczyć temu, co zrobiono w Polsce podczas Holokaustu”. Środowiska żydowskie często powołują się na tzw. deklarację terezińską z 2009 roku (Polska jest jej sygnatariuszem), dotyczącą zwrotu lub restytucji aktywów bezprawnie zajętych w okresie Holokaustu. Jest w niej taki zapis: „Państwa Uczestniczące wzywają do podjęcia wszelkich starań mających na celu naprawienie konsekwencji bezprawnych przejęć majątków, takich jak konfiskaty, wymuszone sprzedaże i sprzedaże pod przymusem, które stanowiły element prześladowań tych niewinnych ludzi i grup, z których olbrzymia większość zmarła, nie pozostawiając spadkobierców”. Ponieważ dotąd roszczenia opierające się na tej deklaracji wychodziły głównie ze strony żydowskich organizacji w USA, Polska broniła się tym, że w 1960 r. rząd PRL podpisał umowę z rządem USA i wypłacił mu 40 mln dolarów na poczet odszkodowań ewentualnych roszczeń amerykańskich obywateli. Problem w tym, że sami Amerykanie twierdzą, iż umowa z 1960 roku odnosi się tylko do osób… które w momencie podpisania umowy były obywatelami USA (parę lat temu oświadczenie w tej sprawie opublikowała Ambasada USA w Warszawie). A to oczywiście otwiera pole do wszelkiego rodzaju nadużyć, o czym napisał cytowany „Ha-Arec”. Sprawa ma jednak o wiele głębszy niż tylko polityczny czy historyczny charakter. Zwraca na to uwagę mój rozmówca (patrz: rozmowa obok). W takich głosach nadzieja, że nie jesteśmy skazani na wieczny konflikt.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Reklama

Reklama