U Pana Boga za bimą

Zatrzymał się czas. „Miasteczko bajeczka” – powiedziała o Tykocinie Agnieszka Osiecka.

Takie miejsca ze względu na zdolność przyciągania wylądowały w mojej szufladce z napisem „magnesy”. Najczęściej przejeżdżałem przez Tykocin w trakcie podróży na północ, zatrzymując się tu jedynie na chwilę. Był tylko barwnym przystankiem po drodze, łapaniem oddechu. Spacerowałem brukowanymi uliczkami, klękałem w jasnej, barokowej świątyni Trójcy Świętej, która szerokimi skrzydłami przytula gigantyczny rynek. Wybudował ją w latach 1740–1750 Jan Klemens Branicki. Wielokrotnie zwiedzałem synagogę, uprawiałem „spacerologię”, wpatrując się w wartki nurt Narwi przepływającej pod imponującym mostem. Nad moją głową przelatywały bociany. Nic dziwnego. Mieszkały niedaleko, w dworku w Pentowie, w swej oficjalnej „europejskiej wiosce”, gdzie od przylotu 4 kwietnia przejęły kilkadziesiąt gniazd rozlokowanych na drzewach, budynkach i słupach.

Gniazda opustoszały. 23 bocianie pary (w tym 21 z 59 młodymi) 20 sierpnia wybrały ciepło i kierunek południe.

Opowieści z Narwi

„Gdzie jesteś?” – zapytałem przed laty kolegę, który jechał na Suwalszczyznę. „W mieście tykających zegarów” – odpowiedział esemesową zagadką. A ja mam wrażenie, że zegary przestały tu tykać. Czas się zatrzymał. „Tych miasteczek nie ma już, pokrył niepamięci kurz te uliczki, lisie czapy, kupców rój” – śpiewał Młynarski. Czy to opowieść o Tykocinie? Nie ma wprawdzie lisich czap i roju żydowskich kupców, ale miasteczko pozostało. I z roku na rok jest piękniejsze.

To jedno z najlepiej zrewitalizowanych miejsc w Polsce, odnowionych nienachalnie, z całkowitym poszanowaniem historycznego dziedzictwa. Nie ma tu spotykanych często nad Wisłą brutalnych ingerencji i dziwolągów architektonicznych, ohydnych „domów handlowych” przyklejonych do zabytkowych kamienic. Tu naprawdę oczy odpoczywają.

Tykocin to granica. Pielęgnujący kulturę słowa, racjonalny Zachód spotyka pachnący jerozolimskim kadzidłem, całujący ikonę i bijący niskie pokłony Wschód. To granica pól i bezkresnej puszczy. Rzeki i lądu. Tego, co ocalało, i krainy ze wspomnień uwiecznionych na wyblakłych fotografiach. Miasteczko otoczone Biebrzańskim i Narwiańskim Parkiem Narodowym oraz pachnącą Puszczą Knyszyńską (przez drogę może przebiec wam potężna klępa!) przeżywa drugą młodość. Kiedyś było jedynie przystankiem w drodze, dziś wielu wybiera je na swą wakacyjną bazę.

Pod hetmańską buławą

„Zaraz, zaraz, przecież to tu!” – zdumiewają się turyści, zerkając na brukowany plac, uliczki, alumnat i łuk mostu. „Ot, ciekawostka jaka: ludzie jak grzeszo, to powolutku, dokładnie, rozsmakowujo się w tym grzechu, a jak pokutę odprawiajo, to zawsze byle jak i po łebkach”. Albo: „Józuś, zaganiaj go do koryta, ale delikatnie, świnia też stworzenie Boże. Świnia z miłościo chowana dobre mięsko daje, a jak będziesz na nią krzyczał, nie daj Boże widłami poganiał, to co? Ja nawet w kiełbasie zestresowaną świnię wyczuję”. Wielu Polaków poznało Tykocin dzięki filmowi Jacka Bromskiego z 1998 roku. Choć miejscem akcji pierwszej części podlaskiej trylogii „U Pana Boga za piecem” był Królowy Most, tak naprawdę wiele scen kręcono w Tykocinie.

Jedna z najstarszych podlaskich osad zyskała prawa miejskie w 1425 roku i… włączono ją do Wielkiego Księstwa Litewskiego. W roku 1542 Tykocin przeszedł pod władanie króla Zygmunta Augusta, a po 27 latach wrócił do Królestwa Polskiego. Za Narwią zbudowano zamek. W roku 1655 oblegał go hetman Jan Paweł Sapieha, który znalazł w nim ciało Janusza Radziwiłła i wysadził twierdzę w powietrze. Zamczysko przed dwoma dekadami odbudowano i dziś jest jedną z miejscowych atrakcji.

Miasto rozkwitało dzięki przywilejom Stefana Batorego i Władysława IV. Tu w nagrodę za zasługi w wojnie ze Szwedami sprawował rządy Stefan Czarniecki, tu August II ustanowił najstarsze odznaczenie państwowe Rzeczpospolitej: Order Orła Białego. Pięć lat po II wojnie światowej Tykocin utracił prawa miejskie. Odzyskał je 29 lat temu i odtąd ponownie rozkwita. Ileż się tu zmieniło przez ostatnie dwie dekady!

Chagall krąży nad miastem

„Wieczorem krąży nad Tykocinem Marc Chagall. Gubi wśród wąskich uliczek trochę kolorów. Z czerwieni zachodu wydobywa bryłę synagogi. Na jej progu nikt już dzisiaj nie mówi »mazeltow«, ani też »szalom«” – pisze Janusz Niczyporowicz w „Krainie proroków”. A my mamy szczęście… ​Po brukowanych uliczkach przemykają odświętnie ubrani mężczyźni w jarmułkach. Wycieczka z Izraela. Skończyły się wakacje, miasteczko odpoczywa po sezonie, co tylko potęguje doświadczenie czasu, który stanął w miejscu. Nie mamy pojęcia, że za godzinę spotkamy się w synagodze, która na chwilę przestanie być muzeum i stanie się ponownie domem modlitwy. Ożyje świat wyblakłych rozwieszonych na rynku fotografii.

Ogromny wkład w rozwój Tykocina mieli Żydzi zamieszkujący go od początku XVI wieku. To w ich rękach pozostawały handel i rzemiosło. Przed Holokaustem stanowili niemal połowę mieszkańców miasta (prawie dwa tysiące osób), a z okien drewnianych chałup w piątkowe wieczory płynęły kobiece głosy: „Bądź pochwalony, Wiekuisty Boże nasz, Królu wszechświata, który nakazałeś nam zapalać świece w szabat”. Mężczyźni wracający z synagogi pozdrawiali aniołów, którzy obecni byli tego dnia w każdym żydowskim domu. Pozostała przepiękna synagoga, charakterystyczny układ urbanistyczny i zarośnięty kirkut przy drodze prowadzącej do Kiermus.

Nikt nie spał

Rano rozlewiska parują. Nocą na ulice spada jesienny chłód. Jeżdżę po Podlasiu i słucham bliźniaczych historii. Siemiatycze: ocalały, ukryty przez Polaków Joszua Kelles wspominał: „Do czasu okupacji mieszkało tu 4330 Żydów. W sierpniu 1942 r. przeniesiono ich do getta. Szczuto ich psami. Wyrywały kawałki ciała. Panika i krzyki były nie do opisania. 1 listopada Rudolf z Schutzpolizei rzucił: »Coś musi się stać z Żydami«”.

Śliczne, senne Krynki, tuż przy granicy białoruskiej: „Do miejscowego getta wprowadzono 6 tysięcy Żydów. Naziści zmietli z powierzchni ziemi społeczność, która przez kilkaset lat prowadziła tu szkoły, oberże, manufaktury włókiennicze i sklepy, a w XVIII wieku była liczniejsza niż gmina w Białymstoku”.

Tykocin: Menachem Turek wspominał: „W niedzielę 24 sierpnia o godzinie 6 wieczorem ogłoszono przez odębnienie na ulicach, że nazajutrz o godzinie szóstej rano mają się zebrać na rynku wszyscy Żydzi z Tykocina, mężczyźni, kobiety i dzieci, z wyjątkiem kalek i chorych. Każdy siedział załamany u siebie w domu. Ta noc była jak noc sederowa, długa jak żydowska diaspora. Nikt nie spał. Uformowano ich w szeregu czwórkami. Klezmerom kazano grać i śpiewać. Popłynęły dźwięki piosenki »Kiedy płynie żydowska krew, Niemcy wygrywają wojnę«”.

W pobliskim lesie w Ło­puchowie pozostała masowa mogiła. W sierpniu 1941 r. rozstrzelano… połowę miasta.

Święta szafa

„Pewnego razu miano poświęcić w bożnicy zwój Pięcioksięgu. Rabbi Dawid Mosze trzymał go w rękach. Ponieważ widać było, że wielki zwój jest bardzo ciężki, jeden z żydów podszedł do rabbiego i chciał go od niego wziąć. »Kiedy już się go trzyma – rzekł rabbi – nie jest ciężki«” – czytam w „Opowieściach chasydów”.

Przy wejściu do katolickich świątyń mężczyzn obowiązuje zasada: czapki z głów. W synagogach odwrotnie. Nakrycie głowy jest obowiązkowe. No, chyba że odwiedzimy bożnicę w Tykocinie, Sejnach czy Włodawie. Zmieniono je w muzea. Wielka Synagoga jest dziś oddziałem białostockiego Muzeum Podlaskiego. Na ścianach ogromne XIX-wieczne tablice z napisami w języku hebrajskim. Głowa do góry! Imponująca główna sala modlitewna ma 9 metrów wysokości. Na środku bima: centralne miejsce każdej bożnicy, rodzaj podium, na którym stoi pulpit służący do czytania Tory. Zdarzało się, że modły prowadził śpiewak, baalkeria. Drżały wówczas mury synagogi, a powietrze wibrowało od dźwięków.

Zerkam na imponujący aron ha-kodesz, najświętsze miejsce budynku. Przesłonięta haftowaną zasłoną – parochetem – szafa zawiera spisane na pergaminie zwoje Tory. Wyjmuje się je uroczyście w poranek szabatu, by odczytać odpowiedni fragment. Torę traktuje się jak osobę, a gdy zwój bardzo się zniszczy, nie wyrzuca się go, ale urządza uroczysty pogrzeb. Oświetla go lampka ner tamid – wieczne światło.

Od ścian odbija się potężny śpiew izraelskiej wycieczki. Z przodu kołyszą się miarowo mężczyźni. Kobiety nie stanęły w „babińcu”, ale podpierają ściany synagogi. Wszyscy sławią Tego, którego Imienia nie ważą się wypowiadać.

W podziemiach za Domem Talmudycznym kusi zapachami żydowskiej i regionalnej kuchni restauracja Tejsza. Wiem, wiem, letni cykl „Smaczna Polska” skończył się przed trzema tygodniami, ale nie mogę się oprzeć... Niech podana na talerzu pachnąca wyliczanka: czulent, hamantasze, gefilte fisz, pierogi ze szczupakiem, stynki, kartacze będzie rodzajem wakacyjnego epilogu. Smacznego!

Musimy wracać. Opiekę nad miastem pozostawiamy Stefanowi Czarnieckiemu, który z dwumetrowego pomnika leniwie zerka na alumnat, połyskującą w promieniach słońca Narew i opustoszałe bocianie gniazda.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |