Religia zastępcza

Mówią ludzie „tolerancyjni”, że granicą mojej wolności jest wolność innego człowieka. Człowiek miłosierny tak nie powie.

Uczniowie jednej z klas w wielkomiejskiej szkole przeprowadzili referendum na temat obecności lub braku krzyża w sali lekcyjnej. „Bo tu jest jeden kolega niewierzący” – tłumaczyli. Motywując to duchem tolerancji, postanowili, że krzyż zostanie zdjęty, żeby „nie urażać uczuć kolegi”.

Wyszło na to, że wierząca większość bardziej wierzyła w tolerancję niż w Boga.

Przybywa dziś podobnych przypadków takiej „wiary”. Jak się wydaje, opiera się ona na przekonaniu, że tolerancyjny jest ten, kto usuwa się ze swoimi przekonaniami, żeby zrobić miejsce przekonaniom kogoś innego. A w każdym razie nie uważa własnych przekonań za warte tego, aby do nich kogokolwiek przekonywać.

W myśl tej logiki najbardziej tolerancyjny byłby ktoś, kto w ogóle przekonań nie ma. Tak rozumiana tolerancja sprowadza się bowiem do obojętności wobec wyborów moralnych innych ludzi, nawet własnych dzieci. Coraz powszechniejsze hasło: „Niech dziecko samo sobie wybierze, w co chce wierzyć, gdy dorośnie” oznacza, że dla rodziców wybór tego, co może zdecydować o wieczności ich dzieci, nie ma żadnego znaczenia. Wiara jest dla nich mniej ważna niż wybór butów czy garnituru, bo w takich sprawach, owszem, rodzice dzieciom doradzają.

Wolno, ale…

Tolerancja staje się religią zastępczą, która próbuje zająć miejsce zasad wynikających z Ewangelii. Dlaczego tak się dzieje?

Ks. dr hab. Arkadiusz Wuwer z Wydziału Teologicznego UŚ przywołuje w tym kontekście zdanie wypowiedziane przez św. Pawła: „Wszystko mi wolno, ale nie wszystko przynosi korzyść” (1 Kor 6,12). – Tolerancja jest dziś utożsamiana z pierwszym członem tej wypowiedzi. Natomiast mało kto chce pytać o drugi człon, który przecież warunkuje ten pierwszy. Owszem, „do wolności wyswobodził nas Chrystus”, owszem, wszystko nam wolno – ale nie wszystko przynosi korzyść. I to korzyść, dobro, zarówno w aspekcie naturalnym, ludzkim, jak i nadprzyrodzonym, Bożym. To jest chyba istota tej mgły, która unosi się nad pojęciem tolerancji – zauważa.

Wynika to, według niego, z powszechnej obojętności na trzy elementy. Pierwsza jest obojętnością wobec transcendencji, czyli wobec tego wszystkiego, co wykracza poza to, co znamy i potrafimy objąć zmysłami. – Wydaje mi się, że wielu współczesnych ludzi w ogóle nie ma już odczucia transcendencji w takim znaczeniu, w jakim głosi je chrześcijaństwo. Nastąpiło całkowite spłaszczenie horyzontu człowieka. Ludzie nie są w stanie przyjąć, że Bóg jest osobą. Wszystkiego, co w chrześcijaństwie było odnoszone do życia wiecznego, nieba, nagrody wiecznej, kary – tego już w ponowoczesnej świadomości nie ma. Dla współczesnego człowieka to wszystko dzieje się tu. On nie chce czekać na nagrodę, on chce ją mieć teraz. Co mu po nagrodzie w przyszłości, w dodatku niepewnej? – mówi duchowny. Jako przykład takiej mentalności wskazuje skrajny ekologizm, który przybiera formy religii. Sugeruje on, że samozbawienie jest tu – w raju ziemskim.

Jako drugi powód „tolerancyjnej” obojętności wymienia obojętność na prawdę. – Prawda mało kogo dzisiaj obchodzi. Już teologowie moraliści lat 60. XX wieku wskazywali, że to jest pierwszy kamyczek, który porusza lawinę. Po obojętności na prawdę przychodzi pogarda dla prawdy, potem jest manipulacja prawdą, i tak aż do zanegowania Boga, który jest Prawdą najwyższą – opowiada ks. Arkadiusz Wuwer. Ostatnim elementem tego procesu jest obojętność na dobro. – Zanika przekonanie, że istnieje dobro obiektywne, które zdobywa się, na przykład, jakimś wyrzeczeniem. Kiedy mówię: „Per aspera ad astra” (przez trudy dociera się do gwiazd), to widzę ironiczne uśmiechy i słyszę: „Ale po co?” – mówi kapłan. Wskazuje, że wszystkie te trzy elementy są niechcianą, zapomnianą treścią tej drugiej części Pawłowego stwierdzenia. – Jeśli tylko tę pierwszą część weźmiemy pod uwagę, to oczywiście całkowicie się z tym zgadzamy. Bo rzeczywiście, „wszystko mi wolno”. Natomiast ta wolność musi być w prawdzie, ku dobru, ku Bogu ostatecznie ukierunkowana. Jeżeli nie jest, przeradza się w anarchię, druzgocze człowiekowi kości, te fizyczne i te moralne – przekonuje.

Nie tu granica

„Wszyscy ludzie, stworzeni na obraz Jedynego Boga, obdarzeni taką samą rozumną duszą, mają tę samą naturę i to samo pochodzenie. Wszyscy, odkupieni przez ofiarę Chrystusa, są wezwani do uczestniczenia w tym samym Boskim szczęściu; wszyscy więc cieszą się równą godnością” – mówi Katechizm Kościoła Katolickiego. W tym stwierdzeniu tkwi sedno, które pomijają głosiciele tolerancji jako swoistej najwyższej świeckiej cnoty, utrzymujący, że jedynym ograniczeniem wolności jednego człowieka jest wolność innego człowieka.

– Slogan, że granicą mojej wolności jest twoja wolność, jest fatalnym uproszczeniem. To nie tak! Granicą mojej wolności jest twoja godność! Bo ty możesz w wolny sposób pozwolić mi na coś, na co nie pozwala mi szacunek dla twojej godności jako człowieka i jako dziecka Bożego. Jeżeli moją granicą jest twoja wolność, to jest to umowa, kontrakt. Ale nie mogę się umówić, że przekroczę granicę twojej godności. I to jest chrześcijańskie spojrzenie – zaznacza ks. Arkadiusz Wuwer.

Jako głęboki kontekst tej sprawy duchowny przywołuje to, co się ostatnio dzieje w Parlamencie Europejskim, który m.in. w imię tolerancji domaga się uznania aborcji za podstawowe prawo człowieka. Już przed laty watykańska Międzynarodowa Komisja Teologiczna oceniła, że prawa człowieka jako element uniwersalnego porozumienia między ludźmi dawno przestały być płaszczyzną porozumienia wszystkich osób. Dzieje się tak dlatego, że te prawa są różnie interpretowane i coś, co ludzi łączyło, teraz ich dzieli. Teologowie proponowali wtedy nie pozostawać na płaszczyźnie praw człowieka i pójść głębiej – na płaszczyznę prawa naturalnego. Ono jest w każdym człowieku, który używa rozumu i chce poszukiwać prawdy. Chce żyć dobrze i ma poczucie Absolutu, który go przekracza.

Teraz jednak mamy do czynienia z coraz głośniejszym negowaniem istnienia prawa naturalnego. W ocenie teologa chodzi w istocie o stworzenie nowego człowieka, oderwanego od swej natury. W tym się przejawia szatańska pycha. Kusiciel zdaje się mówić: „Będziecie jak Bóg, stworzycie siebie samych. A właściwie to ja was stworzę, prototyp był nieudany, wy będziecie lepsi”.

Świat Piłata

Społeczeństwa Zachodu mają upodobanie w tzw. neutralności światopoglądowej jako ideale tolerancji. Osoba w taki sposób „neutralna” miałaby być najbardziej niezależna w ocenach, najbardziej obiektywna, a przez to najbardziej dysponowana do pełnienia funkcji publicznych. Człowiek „neutralny” – o ile w ogóle takie zjawisko w naturze występuje – to ktoś w teorii wolny od obciążeń wynikających z poglądów. Jako że za najmocniejsze z nich uchodzą przekonania religijne, łatwo dojść do wniosku, że religia jest najpoważniejszą przeszkodą w drodze do powszechnego szczęścia. Rzecz jasna, „człowiek tolerancyjny” nie powie tego wprost, będzie jednak dążył do ograniczania wpływu religii na życie. W tle takiego myślenia wydaje się tkwić założenie, że fanatyzm religijny – rzecz słusznie uważana za złą – jest skutkiem silnej wiary. A skoro tak, to należy ją osłabiać, aż dojdziemy do ideału, którego symbolem może być pusta ściana, z której zdjęto krzyż.

Rozumowanie to ma istotną wadę: pusta ściana nie jest neutralna. Ona jest manifestem „religii neutralności”, w której nie ma prawdy obiektywnej, są tylko prawdy indywidualne. Każdy ma swoją prawdę, a skoro tak, to „cóż to jest prawda”. Tak dochodzimy do cynizmu, który – jak pisał kardynał Ratzinger – owocuje światem Piłata. A w świecie Piłata zawsze w końcu „morduje się jedynego Sprawiedliwego”.

Cynika to jednak nie obchodzi. On umywa ręce, bo przecież jest tolerancyjny. On nie ma nic wspólnego z fanatykami.

Myli się, bo fanatyzm, wbrew jego przekonaniu, nie jest skutkiem silnej wiary, tylko właśnie słabej. Fanatyk nie jest pewien swoich przekonań i w obawie przed ich zachwianiem, zamiast z osobami o innych przekonaniach rozmawiać, woli je usunąć.

Cynizm i fanatyzm to dwie odmiany słabych przekonań. I to właśnie one są nieszczęściem świata, a nie mocne przekonania. I to na nich żeruje ideologia tolerancji.

Co wobec tego mamy robić my, chrześcijanie?

– Być realistami i idealistami jednocześnie. „Jesteście w tym świecie, lecz nie z tego świata”, a więc rozeznawać i prosić Boga o łaskę wytrwania, rozumienia, dawania świadectwa – radzi ks. Arkadiusz Wuwer.

Świadectwem chrześcijanina zawsze jest miłość. To coś znacznie mocniejszego niż tolerancja i nieporównanie głębszego. To miłość przetrwa samą śmierć, bo to ona jest środowiskiem życia w niebie. I o nią na koniec zostaniemy zapytani – nie o tolerancję. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Reklama

Reklama