Wyznania

O islamie, sumieniu i cenzurze w mediach amerykańskich mówi Sohrab Ahmari, redaktor naczelny amerykańskiego dziennika „New York Post”.

Barbara Gruszka-Zych: Kiedy chodził Pan do szkoły podstawowej w Teheranie, wezwano Pańskich rodziców, bo przyniósł Pan do szkoły „Gwiezdne wojny”…

Sohrab Ahmari: To były pierwsze lata republiki islamskiej, rząd walczył ze wszystkim, co przychodziło z Zachodu. Miałem wtedy siedem lat, mama zajmowała się redagowaniem tekstów jednego z naszych pisarzy. Kiedy zabierała mnie do swojej pracy, podobało mi się, że mogę tam oglądać zachodnie filmy. Kasetę z „Gwiezdnymi wojnami” zapomniałem wyjąć z plecaka i w szkole zrobił się z tego skandal. Mimo tak restrykcyjnego prawa rodzicom nie groziło za to więzienie czy amputacja kończyn. Skończyło się na rozmowie, a może łapówce...

Czuł Pan, że Iran to zamknięta klatka?

Oczywiście, ustrój wpływał na naszą codzienność. Znajomego ubiczowano za to, że znaleziono u niego nielegalny alkohol. Na szczęście moi rodzice należeli do irańskiej bohemy artystycznej i udawało im się osłonić mnie przed tym światem.

W USA było inaczej?

Miałem 13 lat, kiedy tam przyjechaliśmy. Minęliśmy Nowy Jork, Minneapolis i ostatecznie osiedliśmy w miasteczku liczącym 600 mieszkańców, z których większość stanowili mormoni. Natychmiast przelałem na nich swoją niechęć do mułłów. Jako 15-latek stałem się wojującym ateistą inspirowanym ideą trockizmu. Jeszcze w college’u marzyłem o studiach na uniwersytecie zdominowanym przez trockistów. Ale plany to jedno, a życie – drugie. Po drodze mój entuzjazm do marksizmu zaczął wygasać. Kiedy skończyłem college, w ramach programu dla absolwentów wylądowałem w regionie Rio Grande Valley w Teksasie, tuż przy granicy z Meksykiem. Uczyłem tam meksykańskie dzieci z biednych rodzin.

Poczuł Pan taką misję?

Nie pojechałem tam z pobudek ideowych. To był sposób na przeczekanie, ale kolega, z którym mieszkałem, był bardzo zaangażowany i traktował pracę jak misję. Wstawał codziennie o piątej rano, żeby solidnie przygotować się do zajęć i prowadził je z poświęceniem. A ja, cóż… Chodziłem na imprezy, podrywałem dziewczyny, sporo piłem. Kiedy tak go obserwowałem, dotarło do mnie, że posiadam sumienie, które daje mi znać, że nie zajmuję się tym, co w życiu najważniejsze.

To niesłychane, że ateista odkrył własne sumienie.

Sam się sobie dziwiłem. Ale kiedy zacząłem szukać dowodów na istnienie Boga, najbardziej przemówił do mnie fakt, że każdy z nas posiada sumienie. Że istnieje obiektywna moralność, zmuszająca nas do pytania o jej pochodzenie.

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Reklama

Reklama