Tamangowie wybrali Jezusa

To jedno z większych plemion w Nepalu. Gorsza kasta, bo jedli krowy, a więc hinduiści nimi gardzili. Tamangowie z wioski Tipling byli szczególnie zacofani i biedni. – Odkąd tu przyjechałem, wszystko zmieniło się nie do poznania – uśmiecha się o. Kap. – Jedne rzeczy na lepsze, drugie na gorsze.

Reklama

Kolorowym autobusem jadę do Dhading Besi, miasteczka, gdzie kończy się asfalt. Przesiadam się na indyjskiego jeepa Mahindra Bolero. Wspinamy się setki metrów na przełęcz, by potem zjechać na dół w dolinę. Jedziemy pół dnia, a to zaledwie odległość kilkunastu kilometrów! Pod wieczór dojeżdżamy do Darkhi – dalej już tylko wiszący most. Na palach przy drodze postawiono kilka nędznych szop, które służą za magazyn towarów, schronisko i bary. Żarówka ledwo się jarzy. Zjadam dużą porcję ryżu na metalowym talerzu i razem z innymi podróżnymi kładę się na szerokich narach.

Chcemy być katolikami

Ojciec Kap (Kacper) Miller. Święty staruszek uśmiechający się i emanujący przedziwnym spokojem. Co chwila zatrzymuje się ze złożonymi jak do modlitwy rękami. Pozdrawiają go przechodnie. Jest tu człowiekiem powszechnie znanym. Jak z podziemi wyrasta dwóch chłopaków. Rozpromienieni witają się z o. Kapem. Uczą się i pracują w Katmandu. Obydwaj są Tamangami i obydwaj są z Tipling.

Ojciec Miller pochodzi z Detroit. W 1951 r. król Nepalu poprosił jezuitów o założenie pierwszych szkół w jego kraju. W 1958 przyjechał o. Kap, aby uczyć w szkole geografii. „Za mojego życia nie zobaczycie żadnego chrztu” – powiedział prowincjał na powitanie młodym jezuitom. Wówczas za nawrócenie groziły więzienie i konfiskata mienia. „Powinniśmy poprzez edukację przygotować ziemię, a ktoś inny będzie siał” – dodał prowincjał. Na początku rodzice uczniów byli podejrzliwi, a kapłani hinduiści przestrzegali ich przed jezuitami. Ojciec Kap postanowił przygotować informacje na temat miejscowej kultury, wierzeń, zwyczajów. Zainteresował się Tamangami, wśród których działali zarówno szamani, jak i lamowie. Chciał napisać o nich doktorat.

Tamangowie to jednoz większych plemion w Nepalu. Pierwotnie byli buddystami i ich wierzenia, z charakterystyczną domieszką wielu zabobonów i przesądów, były zbliżone do Tybetańczyków. To była gorsza kasta, bo jedli krowy, a dla hinduistów krowa to matka wszystkich ludzi, więc kto zjada krowę, ten godzien jest pogardy. Tamangowie z Tipling byli szczególnie zacofani i biedni. W 1987 r. o. Kap przeniósł się do Tipling. Tamangowie wiedzieli, że jest kapłanem, że się modli.

„Zacząłem ich leczyć. Kupiłem sobie w Katmandu książkę »Kiedy nie ma lekarza« i trochę lekarstw. Czasami sami lamowie prosili mnie o pomoc. Zaczęli przychodzić na Mszę, którą odprawiałem po nepalsku”. Sprawował Liturgię na wzgórzu nad wioską, bo to piękne miejsce z widokiem na Himalaje. Nie wiedział, że według wierzeń Tamangów to miejsce zamieszkują duchy. Tam był kiedyś cmentarz, a teraz stoi duży drewniany krzyż. „To musi być bardzo silna wiara, jeśli nie boi się duchów” – mówili między sobą Tamangowie. – Powtarzałem im: „Jezus zawsze mówił: »Nie bójcie się!«. Nazywali mnie »Meme«, tzn. dziadek. Lamowie zapraszali mnie na modlitwę. Czytali książki buddyjskie, ale szybko się zorientowałem, że tylko jeden trochę je rozumie. Pozostali znali je na pamięć. Ja w tym czasie modliłem się brewiarzem. Po lekarstwach prosili, aby się nad nimi modlić. Kładłem im Biblię na głowie i było dużo uzdrowień” – opowiada o. Kap. Nie mówi o tym, że gdy zaczęły się pierwsze nawrócenia, ci, którym to się nie spodobało, napadli na niego i pobili.

Raz na Mszy najstarszy człowiek we wsi wstał i powiedział: „Chcemy być katolikami, wyznawać Twoją religię, ale boimy się władzy, że będzie nas prześladować”. W 1990 r. w Nepalu rozpoczęły się demokratyczne zmiany wprowadzone przez króla. Żądali ich wykształceni ludzie w Katmandu. Założono partie polityczne, wprowadzono wolność zgromadzeń, wolność religijną. Tamangowie w Tipling stwierdzili, że teraz mogą być chrześcijanami.

U stóp Himalajów

O świcie wszyscy wstają. Ładują ciężary na osły i muły. Karawana za karawaną ruszają w góry. Wielu niesie ładunek na plecach: chłopcy, kobiety, ludzie starsi. Proste nosidełko lub ogromny wiklinowy kosz zaczepia się paskiem na czole. Na polach Tamangowie orzą drewnianymi sochami za pomocą krów lub tną proso sierpem. Wszędzie porozstawiane małe szałasy „goth”, przy których palą się ogniska. Całe rodziny przenoszą się z dobytkiem z jednego zbocza na drugie, z poletka na poletko. Razem z nimi wędrują owce, kozy i krowy (często skrzyżowane z bawołami lub jakami). Dochodzę do Tipling, ostatniej wioski Tamangów na ścieżce wiodącej do pasma Ganesh Himal. Dalej już tylko lodowce. Niedaleko wznosi się Manaslu, jeden z ośmiotysięczników.

Bóg może działać przez wydarzenia tragiczne. Jeden z mieszkańców Tipling pokłócił się z miejscowym urzędnikiem. Doszło do bójki, urzędnik został zabity. To był początek lat 90. ub. wieku. Władza postanowiła zastosować zbiorową odpowiedzialność. Rozpoczęły się aresztowania. Niektórzy uciekali w góry, niektórzy do miasta. Inni jechali do Katmandu, aby zarobić pieniądze na wyciągnięcie krewnych z więzienia. Pracowali tam na przykład jako stolarze, a gdy byli chorzy, przychodzili do o. Kapa. Zaczęli się spotykać na modlitwie, 40–50 osób; jezuici uczyli ich katechizmu, czytali Biblię. Ojciec Kap zapytał ich, czemu się nie ochrzczą. Odpowiedzieli: „Myślimy o tym”. Pierwszy chrzest był w 1992 roku. Ojciec Mathew Assarikudy, przełożony jezuitów w Katmandu, śmieje się, że o. Kap to romantyk: „Opowiadał Tamangom bardzo dużo o duchach, pomagał im. Raz na Wielkanoc przyszło do chrztu 110 osób, więc je ochrzciliśmy. Nie znaliśmy ich języka. Najprostsze przygotowanie, a potem chrzest. Tak powstała parafia”.

Misja w Tipling

Jezuicka misja w Tipling mieści się trochę z boku, ponad główną częścią wioski. Ojciec Norbert bierze mnie na przechadzkę po wiosce. Chodzi po domach i odwiedza parafian. Zatrzymuje go starsza kobieta, którą potem zobaczę na porannej Mszy. Żali się na ból głowy i prosi o modlitwę. Ojciec kładzie ręce na jej głowie. „To prości ludzie. Buddyści, protestanci, wszyscy zapraszają do domów i proszą o modlitwę oraz lekarstwa. Więc im to dajemy” – mówi o. Norbert. „Ważna jest wspólnota: trzeba ich ugościć, przywitać. Jak proszą o chrzest, to chrzcimy. Trzy lata katechumenatu? To tutaj nie zadziała. Jeśli dziś nie ochrzcisz, to pójdą do protestantów albo w ogóle o tym zapomną. Tak robił św. Franciszek Ksawery – chodził po całym wybrzeżu i chrzcił ludzi tysiącami. Trzeba wiele cierpliwości i czasu. Z czasem ich wiara się pogłębi. To jest dopiero pierwsza i druga generacja katolików. Myślę, że trzecia przyniesie owoce wiary. Wiara podnosi wyżej człowieka: moralnie i duchowo, a nawet materialnie. Ludzie zaczynają lepiej żyć”.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wybrane dla Ciebie

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama