Ten umowny Tel Awiw...

Ufundowany na marksistowsko-kibucowych sloganach i frazesach na gwałt szuka tożsamości i nie może jej znaleźć.

Pytam (...) Elijahu, jaki ma problem z Tel Awiwem.

– Nie mam problemu, choć ich nie rozumiem i nie przepadam za nimi – odpowiada. – To oni mają problem ze mną.

Gdy w Nowym Jorku Elijahu odszukiwał w sobie żydostwo, mieszkał w kolorowej dzielnicy, zasiedlonej głównie przez czarnych. W najbliższej okolicy był jedynym białym. Na dodatek właśnie wtedy założył kipę, zaczął przestrzegać szabatu i zasad koszernej kuchni. Wydawało się, że sam sobie i na własną prośbę sprowadza na głowę kłopoty; czarni w wielkomiejskich gettach, często lgnący do agresywnego islamu, nie lubią Żydów. Wszak rabin Meir Kahane powołał Żydowską Ligę Obrony, by postawić się właśnie czarnym.

Elijahu spodziewał się więc co najmniej ostracyzmu sąsiadów, jeśli nie napastliwych zaczepek, a nawet bójek. Tymczasem wszyscy wokół zaakceptowali jego zasady, uszanowali kipę, a w szabat nie niepokoili. Czarny ziomal z tej samej ulicy – nazywał się Mike – kupował mu koszerne jedzenie i rozpytywał o judaizm.

– Wiesz, kto miał ze mną prawdziwy problem? – pyta Elijahu. – Dawni znajomi, niereligijni Żydzi, albo tacy, którzy coś udają. Kiedy jeszcze nie chodziłem do synagogi, miałem zabawnego sąsiada. Biegał na ważniejsze nabożeństwa, ale nie przestrzegał szabatu i koszerności, bo to były dla niego za wielkie wymagania, sam o tym mówił. Gdy założyłem kipę, obraził się, zarwał kontakty. Mój powrót do religii sprawiał tym Żydom nie Żydom prawdziwy kłopot. Źle się ze mną czuli, zacząłem im zagrażać. To nie był otwarty, gorący konflikt, ale rozmowy pełne złośliwych podtekstów, półsłówka, grymasy. Przestaliśmy się spotykać.

Tel Awiw ma z Elijahu taki sam kłopot. Ufundowany na marksistowsko-kibucowych sloganach i frazesach na gwałt szuka tożsamości i nie może jej znaleźć. To nie jest żadna zwarta społeczność, ale mniejszościowe grupki odmieńców i w gruncie rzeczy dziwaków, połączone ze sobą lękiem przez zewnętrznym światem i prawdziwą ideą; niech to będzie religia lub wiara w Erec Israel. Nie lubią się między sobą, ale jeszcze bardziej nie lubią ludzi z zewnątrz. Przeraża ich prawdziwe życie.

– Gdy ewakuowano osiedla z Gazy, liberalny Tel Awiw zastanawiał się zupełnie poważnie, co stanie się z pieskami i z kotkami osadników, kto uratuje te biedne zwierzątka, jak im można pomóc – opowiada. – Obchodził ich los zwierząt, ale ludźmi już się nie przejmowali. Wyrzucą Żydów z ich własnych domów, zniszczą dorobek życia? Trudno, skoro to postępowe, takie pokojowe i moralnie słuszne, europejska lewica pochwali, nowojorska Ameryka przyklaśnie i znów tak zwana opinia publiczna będzie miała swoich dobrych Żydów. Biedne tylko te futrzaki, jakieś chomiki i świnki morskie! Przecież to chore! Okrutne.

Elijahu jest pewien, że ten Tel Awiw (a innego – uważa – w zasadzie nie ma), ci socjaliści od siedmiu boleści i miłośnicy pokoju nie swoim kosztem, również nienawidzi Palestyńczyków, boi się ich, bo nie zna i nie rozumie Arabów. Gdyby było inaczej, Tel Awiw miałby ich u siebie, staliby na każdym rogu, wysiadywaliby w kawiarniach, a przecież – widać gołym okiem – to miasto bez Arabów, jak czysto białe, rasistowskie dzielnice południowoafrykańskiej Pretorii czy Johannesburga przed upadkiem apartheidu. Jeśli Palestyńczycy gdzieś są, to schowani, odnawiają domy na peryferiach lub kelnerują w arabskich knajpach w Jafie. Postępowcy chcą mieć czyste ręce – niech Arab załatwi Araba – i dlatego Palestyńczykom z Judei i Samarii ściągnęli na plecy terrorystów Arafata oraz pomogli w wyhodowaniu Hamasu.

– Ten umowny Tel Awiw uważa, że to wy, osadnicy, stoicie na drodze do żydowsko-palestyńskiej zgody – mówię, choć wiem, że Elijahu wzruszy ramionami.

– Co oni wiedzą, skoro doskonale odseparowali się od Arabów?

A jeśli Arabowie – o czym marzy Tel Awiw – jednak nie załatwią Arabów? Wtedy niech wyręczą ich osadnicy, ta – jak uważają  – zacofana, plemienna społeczność dzikich, zawziętych, religijnych fanatyków. Oni posiedzą sobie na plaży, napiją się wina, a ci z Judei i Samarii niech odwalają czarną robotę.

– Nie chcę takiego wyboru, ale jeśli nie będę mieć innego, trudno – zastrzega Elijahu. – W Ameryce, gdzie w końcu wyrosłem, można bronić swojej własności. Zbój nęka cię, chodzi po granicy twojego, to strzelaj, zabij, a potem wciągnij ciało na swoją ziemię, żeby szeryf mógł powiedzieć, że nic się nie stało.

*

Powyższy tekst jest frgamentem ksiązki "Wnuki Jozuego". Autor: Paweł Smoleński. Wydawnictwo: Czarne, 2019 r. 

Tytuł i podtytuł pochodzą od redakcji

«« | « | 1 | » | »»
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.